Wstałam z łóżka, ciężko włócząc nogami po dywanie. Przelotnie zerknęłam w stronę toaletki, ale gdy zobaczyłam w lustrze moje niewyspane oczy, szybko poszłam dalej. To była ciężka noc, mama chciała nawet mi załatwić ochroniarzy...ojciec ledwo wyperswadował jej ten pomysł. Sprawcy siedzieli za kratkami.
Przy wejściu na korytarz willi zaczepiłam nogą o wielką walizkę, w której mieścił się mój skromny dobytek...a raczej jego część, ponieważ pozostałe walizki były już spakowane do bagażnika naszego BMW G11. Skąd mamy ten złom za pół miliona? Jesteśmy obrzydliwie bogaci.
Zawsze, kiedy widziałam rozpieszczonych nastolatków, których nadziani rodzice mają na nich wywalone, dziękowałam w duchu za swoją kochającą rodzinkę. Nie pamiętam, by kiedykolwiek moja mama nie rzuciła wszystkiego, kiedy chodziło o mnie albo Frankie'go.
Właśnie opuszczam swój rodzinny dom i jadę do kompletnie nieznanego mi miejsca. Czy zostanę zaakceptowana przez resztę? Nigdy mnie to nie obchodziło, byłam raczej samotnikiem...no, nie licząc June. Ale ona się nie liczy, była przy mnie od zawsze...jest dla mnie jak siostra, a moja mama traktuje ją jak córkę. Nie przyjaźnimy się dlatego, że nasze rody są związane ze sobą od wieków...po prostu ona jedyna mnie rozumie, ze wzajemnością z resztą.
Szybko wskoczyłam pod orzeźwiający prysznic, po którym wreszcie bez strachu mogłam spojrzeć w lustro. Wybrałam białą bluzkę i granatową, rozkloszowaną spódnicę do połowy uda. Żeby nie zmarznąć, zarzuciłam na to szal i kremowy płaszczyk. I chociaż mam gdzieś, co inni o mnie pomyślą...na pewno mama chciałaby, żebym godnie reprezentowała rodzinę w Akademii. No i June urwałaby mi łeb, gdybym pierwszego dnia odstraszyła od nas jakieś ciastka.
- Ari! Zaraz się spóźnimy! - usłyszałam głos taty z dołu
Złapałam za walizkę z zamiarem zniesienia jej na dół, kiedy tknięta nagłym impulsem, wróciłam do pokoju i wyciągnęłam z szafy czarną, skórzaną kurtkę przesiąkniętą słodkim zapachem, pakując ją do walizki. Jedyna pamiątka po człowieku, który uratował mi życie.
***
Rodzice uparli się, żeby odwieźć mnie pod sam ośrodek...na szczęście po drodze zdołałam wyprosić, żeby zostawili mnie na peronie, skąd mnie i June zabierze dyliżans. Zawsze chciałam się przejechać takim cackiem. Kiedy już spakowali moje walizki do dyliżansu, ucałowałam oboje w policzek i patrzyłam, jak znikają za zakrętem. Będę za nimi tęsknić, ale jakaś część mnie odetchnęła z ulgą...mama zawsze była nadopiekuńcza.
Rozejrzałam się wokół, szukając wśród studentów brązowowłosej dziewczyny. Wyróżniała się z tłumu swoim wzrostem...a może to ten chłopak stojący obok niej? Ah, pierwsze dziesięć minut i już do kogoś zarywa, cała June.
- Ari! - pomachała do mnie z szerokim uśmiechem
Ups, no to jednak muszę podejść...za późno.
Moja przyjaciółka jak zwykle wyglądała zjawiskowo, ale chłopak był ubrany w skórzaną kurtkę...czemu ostatnio ta moda tak się rozprzestrzenia?
- To jest... - zaczęła June
- Elizabeth
- Co? - mruknęłam, zdezorientowana
- Nic... ja... deja vu i tyle... to ja pójdę. - schował ręce w kieszenie i wyminął nas.
Spojrzałam na June, ale w jej oczach widziałam tylko rozbawienie.
- Zawsze taki jest? - zaśmiałam się - Tak w ogóle...co to za gość?
- Nazywa się Dylan, to stary przyjaciel...
- Ta, jasne! Przyjaciel - przerwałam jej ze śmiechem, za co dostałam kuksańca pod żebra.
Wsiadłyśmy do dyliżansu, ku nowej przygodzie.
***
Budynek Akademii był ogromny i zrobił na mnie ogromne wrażenie. Dyrektor, który wyszedł nas przywitać, był miłym starszym człowiekiem. Zapewnił nas, że to, co widzimy to zaledwie część ośrodka. Zaprowadził nas do skrzydła, w którym był internat. June podobało się to, że kwatery nie były podzielone ze względu na płeć...wszystko zostało przydzielone losowo.
- Resztę zwiedzicie jutro, na pewno chcielibyście odpocząć po podróży.
Szczęśliwym trafem dostałam pokój naprzeciwko June. Zanim zamknęłam za sobą drzwi, kątem oka wypatrzyłam dwa pokoje dalej skórzaną kurtkę znikającą za progiem.
Co do mojego pokoju...równie dobrze mogłaby mieszkać w nim księżniczka. Jest cudownie. Nawet dobrze nie zdążyłam wyciągnąć z walizki ubrań na przebranie, kiedy do moich kwater bez ceregieli wparowała June.
- Oczywiście nie zamierzamy zostać w swoich pokojach? - rzuciła się na wielkie łóżko
- Oczywiście, że nie - wyszczerzyłam się do niej, nakładając przez głowę szarą bluzę
[Dylan? June?]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz