2017-02-23

Od Dylana C.D. Ariany

- Ja? Ale… Mmmm - pisnąłem, a dziewczyna wybuchnęła śmiechem. - Szecież ja tu się martwię… jakie siedem?
- No może osiem - odparła, a ja zrobiłem minę zbitego psa.
- Osiem?
- Mhm.
- Nie dość, że czternastolatka, to jeszcze się mądrzy - odparłem udając, że się obraziłem.
- Kto przepraszam?
- No czternastolatka… taka mała, słodziutka, niegroźna.
- Taką mnie widzisz?
- Jestem dwudziestoletnim chłopakiem, którzy dobre dziesięć lat rozwija swoje Diamentowe zdolności. Tak. Jesteś mała, słodziutka i niegroźna - chciała mi dać kuksańca w bok, ale złapałem ją za rękę. - I jeszcze do tego próbujesz mnie bić?
- A mam jakiś inny wybór? - zamyśliłem się. Cóż… jest kilka możliwości… otrząsnąłem się. Dylan cholera jasna, przestań. Zatrzymałem się, puściłem ją i stanąłem naprzeciwko niej.
- No to mnie uderz - spojrzałem jej w duże, niemal czarne oczy. Były piękne. Dylan skup się, tutaj chodzi o twój honor… i wygraną.
- Nie.
- No, ale przecież możesz i nigdy nawet nie zamierzałem oddać. To nie w moim stylu. Uderzyć to ja mogę damskiego boksera i to nawet z wielką ochotą.
- Tak? - zapytała cicho. Czułem, że moje słowa przywołały jakieś niemiłe dla niej wspomnienia.
- Coś nie tak?
- Nie... po prostu noga mnie boli - odparła. Miałem dziwne wrażenie, że kłamie.

- Doszliśmy do środka ogrodu, jest tutaj fontanna i ławki, to możesz odpocząć chwilę - zaproponowałem, a ona pokiwała głową. Wróciłem do jej boku i pomogłem dość do najbliższego miejsca, gdzie mogła usiąść. Mając w głowie jej wszystkie reakcje, na moje propozycje, które oznaczały mniejszą lub większą bliskość, podszedłem do brzegu fontanny i usiadłem na nim. Na szczęście były jeszcze roztopy, więc za plecami nie tryskała mi woda. Oparłem łokcie o uda, a na dłoniach podparłem głowę. Spojrzałem na dziewczynę, która rozglądała się. Otaczało nas miejsce, którego szczerze nienawidziłem. Wszędzie z krzewów wycięte figury amorków, marmurowe rzeźby przedstawiające greckich bogów, nawet fontanna, która zresztą była podobna do tej rzymskiej, del Tritone. Nic tutaj do siebie nie pasowało i jeszcze jakby było mało, wszędzie miłość. Czy oni czerpią przyjemność z torturowania ludzi, czy jak? Po chwili dziewczyna przeniosła wzrok na mnie, objechała mnie od samych stóp i zatrzymała się na oczach, pewnie dopiero wtedy zdała sobie sprawę z tego, że cały czas na nią patrzyłem, bo od razu odwróciła wzrok. Jaka ona jest słodka... Dylan idioto, skup się. Musisz ją stąd wyciągnąć, a później będziesz sobie myślał jaka ona jest słodka, piękna... oj tak jest piękna i kogoś mi przypomina, miałem wrażenie, jakby to nie była nieznajoma, tylko osoba, której dawno nie widziałem... Dylan! Morgenstern, ty cholerny debilu jeden. Myśl! Czy to tak trudno? Westchnąłem. Jeśli musisz wybierać między upajaniem się widokiem pięknej dziewczyny i myśleniem, to owszem, trudno.
- Ładnie tutaj - odparła.
- Są ładniejsze miejsca na świecie.
- Na przykład? - uniosła brew wyczekująco.
- Cały Rzym chociażby. Ta fontanna za mną, jest łudząco podobna do oryginalnej rzymskiej, ale słabo się komponuje w wiktoriański ośrodek. W Rzymie można wiele takich przykładów sztuki barokowej spotkać, ale także i innych epok. Piękna mieszanka, którą wolę od przereklamowanego Paryża, choć nie powiem Wieża Eiffla, robi wrażenie. Nigdy też nie porywała mnie Wenecja, choć to stolica Diamentowych.
- Właściwie dlaczego akurat to miasto?
- Ciężko powiedzieć. Może przez ogromne znaczenie tamtejszych katedr dla naszej historii, może po prostu przez tajemniczość i wyjątkowość tamtego miejsca. Znane całemu światu weneckie bale maskowe wywodzą się raczej z naszej tradycji, co zostało przejęte przez ludzi, a nie wyobrażam sobie lepszego miejsca na tą maskaradę.
- Byłeś na takim balu?
- Cóż...
- Ale w tym cyklu - sprecyzowała.
- Żebym był, to musiałbym mieć najpierw z kim tam pójść, a raczej mi się tak, na razie przynajmniej, nie złożyło.
- A June? - zagadnęła.
- Adaline to najbardziej upierdliwa osoba jaką spotkałem i oboje, wspólnie doszliśmy do wniosku, że wychodzenie poza rangę przyjaciele, nie ma u nas najmniejszego sensu, ponieważ to nie ma racji bytu i nie przetrwałoby nawet godziny - przekręciła głowę, nie wierzyła w moje słowa. - No proszę cię, ja nie jestem w stanie wytrzymać z nią całego dnia.
- Dlaczego? Co z nią nie tak? - oho, kruchy lód.
- Może robię błąd, ale powiem ci prawdę. Jest dla mnie zbyt pewna siebie, zbyt gadatliwa i zbyt irytująca. Okey ktoś może powiedzieć, że jestem wręcz przeciwnie, zbyt... nudny może, ale ona już przesadza. Dobra byłem kiedyś inny, może nawet do niej podobny, okey? Ona zresztą w to nie wierzy, jednak mój rozwój, wspomnienia, sprawiły, że czasem ciężko mi odróżnić przeszłość od teraźniejszości. Przynajmniej tak było. Mój przyjaciel zniknął, a właściwie to była jedyna osoba, która sprawiała, że się otwierałem. To on pewnego dnia zmusił mnie do wyjścia do ludzi, co z czasem pokochałem. Byłem normalnym nastolatkiem. Jeżdżącym na desce, biegającym po dzielnicy od rana do nocy, znikający na całe nocy na imprezy, włażącym tam, gdzie nie powinienem, robiącym to co zakazane. Właściwie to się raczej nie zmieniło i właściwie to przez to nadal mam ogromne problemy, żeby wytrzymać jakiś czas bez papierosa.
- Palisz? - zdziwiła się.
- Nienawidzisz dymu.
- Skąd wiesz?
- Słychać to było w twoim pytaniu i wiele osób tego nienawidzi. Zresztą sam nienawidziłem, dopóki nie zacząłem palić - sięgnąłem po telefon. - Późno jest, chodźmy... jeśli dasz radę.
- Dam - odparła, pomogłem jej wstać i ruszyliśmy dalej. - Jeszcze nie widziałam jak palisz.
- Mam odwyk - westchnąłem.
- Co masz?
- No odwyk, bo papierosy, jak dragi, uzależniają. Czekam aż osiągnę taki stan, że wyjdę stąd i przejdę te kilkadziesiąt kilometrów do miasta i kupię sobie paczkę.
- Więc nie masz tutaj żadnej?
- Nie, ale znalezienie tutaj fajek to nie problem. Wiem, którzy nauczyciele palą i nie tylko nauczyciele.
- Wszyscy tyle o wszystkim i wszystkich wiedzą?
- Nie sądzę. Są osoby, które właściwie nie wychodzą z pokoi, które spotkasz tylko na lekcjach i które wyjeżdżają stąd, kiedy tylko mogą.
- A ty?
- Ja? - zdziwiłem się. Ja nic nie znaczę. - Cóż, jakoś tak się złożyło, że w domu jestem tylko na wakacje i ferie lub urodziny brata, a gdyby nie Alex, to pewnie nie wracałbym tam - milczała. - Widzisz nie każdy z nas ma sielankowe życie i wspaniałą rodzinę. Ogólnie nie narzekam na moją sytuację, ale czasem jakimś dobrym słowem lub nazwaniem mnie synem, czy chociaż przytuleniem to bym nie pogardził, ale... nie ważne.

Ari?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz