2017-02-19

Od Dylana C.D. Ariany

Idąc ulicą, sięgnąłem do tylnej kieszeni spodni i wyciągnąłem z niej telefon. Wiadomość od Drax. No tak, zaraz wracamy do Akademii, pewnie ta mała małpa nie może się doczekać, żeby się na mnie rzucić. Będę czekać tam gdzie zwykle Morgenstern. Znowu będę musiał nieść jej walizkę, ale w sumie może nawet warto, bo June to nie chciałbym zajść za skórę. To zbyt upierdliwe stworzenie.
Nagle usłyszałem krzyk. Krzyk przerażenia, przeszywający mroźne powietrze. Zamknąłem oczy, nie zmieniając kierunku, w którym szedłem. Dylan to nie twoja sprawa, nie chcesz kolejny raz dostać kosy pod żebra. Przed oczami stanęła mi scena, kiedy uratowałem June... cholera. Wróciłem się kilka metrów i skręciłem. Na końcu przecznicy zobaczyłem jakąś grupkę. Morgenster, to zły pomysł. Zły.
Przyjrzałem się im, jeden z napastników przypierał do ściany rozebraną od pasa w górę dziewczynę. Czułem, jak w ułamku sekundy wzbiera we mnie wściekłość. Zacząłem biec, aby po chwili odwrócić pierwszego i przyładować mu w twarz. Złapał się za nos kuląc, dałem mu jeszcze raz, a kiedy upadł, podszedłem do drugiego, kilka uderzeń i poszły żebra. Trzeci chciał pomóc kolegom, ale cóż, coś mu nie wyszło. Kilka uderzeń i na koniec kop z glana w potylicę. Został jeden, złapałem go za kołnierz kurtki i szarpnąłem w tył. Po chwili siedziałem na nim, okładając go pięściami. Miałem ochotę go zabić, nie panowałem nad kolejnymi uderzeniami. Jednak w pewnym momemcie przypomniałem sobie o dziewczynie pod ścianą. Zostawiłem moją ofiarę i odwróciłem się do niej. Patrzyła na mnie, obejmując się. Stała w staniku, od pasa w dół była ubrana. Zauważyłem, że jej kurtka leżała w błocie, więc podszedłem bliżej i zarzuciłem jej swoją na ramiona. Kiedy wyciągnęła rękę w kierunku mojej twarzy, gwałtownie się cofnąłem. Pewnie chciała ściągnąć kaptur z mojej głowy. Niestety ja nie chcę kolejnej miłości dla wybawiciela, za wiele razy tak było... mimo że była ładna. Z drugiej strony było dość ciemno, więc nie byłem pewny.
- Już więcej nie zrobią ci krzywdy - odparłem. Dziewczyna odwróciła twarz w stronę, z której było słychać syreny policyjne. Czterech pobitych, z nich jeden dotkliwie... pora się zwijać. Zniknąłem w najbliższym zaułku. Ponownie otaczał mnie tylko odgłos moich glanów na ulicy.
* * *
Wreszcie doszedłem do domu. Jednak nigdy nie lubiłem tej ogromnej willi. Złapałem za klamkę. Zamknięte. Przeszukałem wszystkie kieszenie i dopiero wtedy przypomniałem sobie, że klucze miałem w kurtce... kurwa. Obszedłem dom, aby zatrzymać się przy jednym z okien i w nie zapukać. Po chwili otworzył je już dość wysoki trzynastolatek, Alex.
- Co tu robisz? Gdzie masz kurtkę?
- Oddałem - odparłem wchodząc przez okno.
- A klucze?
- W kurtce - zaśmiałem się. - Ale dopiero przed chwilą o tym pomyślałem. Idź spać Alex.
- Sam idź - odparł popychając mnie. Zacząłem się śmiać.
- Bo rodziców obudzisz.
- Ty obudzisz, tym twoim śmiechem.
- Tak, tak - wyszedłem z jego pokoju, wgramoliłem się po schodach i wpadłem do siebie. Szybki prysznic i łóżko... oj byłem nieźle zmęczony.
* * *
Kilka dni później około godziny jedenastej wysiadłem z pociągu. Na małym peronie czekała na mnie śliczna dziewczyna, ubrała w płaszcz do kolan, i buty na obcasie za kostki. Tylko tyle było widać. Widząc mnie, uśmiechnęła się promiennie.
- Morgenstern - wskazała na walizkę.
- Miło cię widzieć, Draxler - odparłem, biorąc walizkę i ruszając za nią, ponieważ ona już szła w stronę Akademii.
- A tak, tak... ciebie też - uderzyła mnie lekko w ramię. Rozmawiając szliśmy wiejską drogą, praktycznie cały czas wspominaliśmy poprzedni rok tutaj.
- Muszę ci kogoś przedstawić, bo wiesz ona zmieni nasze relacje...
- Tak?
- To moja przyjaciółka.
- Kto?! - zacząłem się śmiać.
- Ej!
- Oj Drax... póki nie zobaczę nie uwierzę - odparłem, kiedy dochodziliśmy do głównej bramy. - Przyjaciółka i nie jechała z tobą?
- A rodzice ją przywieźli.
- Aha.
- Bądź miły - to nie była prośba, tylko rozkaz.
- Zawsze jestem.
[Ari?]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz