2017-02-22

Od Ariany CD Dylana

Mam nadzieję, że to był przebłysk, a nie jakaś poważna choroba psychiczna. Takie rzeczy też się zdarzają. A szczerze mówiąc...kompletnie nic nie pamiętam z tego przebłysku.
Coś we mnie chciało spędzić z nim ten poranek...w końcu został mi aż tydzień wolnego do rozpoczęcia nauki. Mózg jednak podpowiadał mi, że...
- Przepraszam, nic jeszcze nie jadłam i wiesz...
Uśmiech wyraźnie znikł z twarzy chłopaka, ale po chwili znów przybrała obojętny wyraz. Wzruszył tylko ramionami i wrócił do pianina.
Skierowałam swoje kroki w stronę stołówki, tym razem nie była aż tak zatłoczona. Przez całą drogę myśli zaprzątał mi jasnooki...cholera, powiedziałam znowu coś nie tak.
- Ari, gdzie się podziewałaś cały ranek? - June gwałtownie położyła mi dłoń na ramieniu, przez co niemal udusiłam się owsianką.
- Chcesz, żebym na zawał zeszła?
- Mów gdzie byłaś i z kim - siadła naprzeciwko mnie, podpierając głowę na łokciach.
- Sama... - zaczęłam
- Stop. Przestań kłamać. Przygryzasz wargę - przerwała mi stanowczo, uśmiechając się po chwili.
- Okej, byłam w sali balowej...
- Z Dyllem!
- C-Co? Skąd wiesz? - zamarłam
- Miał taki rozmarzony wyraz twarzy - zaśmiała się uroczo.
Czy ja czegoś nie zrozumiałam w ich relacji? Więc ona i on wcale nie są...a z resztą, nie obchodzi mnie to.
Z opresji wyciągnęła mnie owsianka, która zrobiła się na tyle zimna, że nie dało się jej jeść. Wstałam, odkładając jedzenie do okienka.
- Przepraszam, że nie dojadłam - powiedziałam do stojącej do mnie tyłem kobiety.
Kucharka obdarzyła mnie szerokim uśmiechem, przez co zrobiło mi się cieplej na sercu, odwzajemniłam go. Pewnie rzadko spotyka się z tym, że ktoś odnosi jedzenie i w dodatku ją przeprasza.
Ja zostałam nauczona szanować wszystkich, bez względu na pozycję społeczną.
June się zmyła, nie pozostało mi nic innego, niż jakaś ciekawa wycieczka. Siedząc ciągle w pokoju, oszaleję.
Wróciłam na chwilę do siebie, założyłam kalosze i coś ciepłego. Znalezienie wyjścia poszło mi łatwo, wystarczyło zejść na parter.
Droga w lewo prowadziła do drogi, a w prawo do ogrodu. W nieznane. Bez wahania wybrałam drugą ścieżkę, nie zważając na ogromne kałuże. Z przyjemnością wchodziłam w największe błoto, zanurzając nogi niemal po końce granatowych kaloszy. Weszłam do labiryntu, podziwiając piękne figury i staranność strzyżenia żywopłotów. Zanim się obejrzałam, byłam już...niewiadomo gdzie. Spróbowałam wspiąć się na krzak, ale drewno było zbyt śliskie i mokre od deszczu, bym mogła się utrzymać na nim dłużej niż parę sekund. Spokojnie, pójdę tędy i na pewno w końcu wrócę do akademii. Z tą optymistyczną myślą brnęłam dalej przed siebie, zagłębiając się w coraz dziksze tereny ogrodu...co może być po drugiej stronie?

[Dyll?]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz