- Ariana zniknęła. Nie widziałeś jej? - zapytała.
- Nie… znaczy no w sali balowej…
- Czyli miałam rację, że was tam widziałam - wyszczerzyła się, a ja przekręciłem oczami. - No dobra, dobra mów.
- Więc jak wyszła, co pewnie też zauważyłaś ninjo, to już jej nie widziałem. No ale ile minęło? Godzina? - uniosła brew. - No co?
- Jeździsz na tym biednym koniu, dobre trzy i pół godziny, pyśku.
- Możesz oszczędzić sobie słowa pyśku, misiu, kochanie i te inne bzdury, dla swojego chłopaka? Okey jestem twoim przyjacielem, ale mnie to wkurza.
- Wkurza?!
- Słuchaj. Przeżyłem co najmniej trzydzieści dwa cykle. Z czego za każdym razem miałem rodzinę. Nie pamiętam tego, ale to wiem. Brakuje mi części mnie, jakby ktoś mi ją siłą wydarł. Moja dusza krzyczy, aby ją zwrócić, a twoje mówienie do mnie w ten sposób mi nie pomaga. To tylko otwiera tą ranę. Okey?
- Dziwny jesteś…
- I kto to mówi? Zraniony dziki kot?
- Idiota. Weź są znajdź…
- A co ja pies pasterski, który wyniucha owieczkę?
- Dylan!
- Oj nie drzyj się - zsiadłem z konia. - Odprowadź go.
- A ty? - zapytała.
- Idę po nią.
- Dokąd?
- A to już inna sprawa, ale mam przeczucie, że wiem, gdzie szukać. No idź - wzięła za wodze i pociągnęła za sobą wierzchowca. Chwilę popatrzyłem na nią. Naprawdę martwi się o tą małą, znikającą istotę. Cztery godziny. Dokąd by nie poszła, to powinna już wrócić. Na terytorium ośrodka jest tylko jedno miejsce, gdzie można się zgubić, ogrody i ich labirynty. Biegnąc w ich kierunku, myślałem o wszystkich ich korytarzach, które zwiedziłem podczas świąt i wolnych dni. Setki zakrętów, rozdroży, jednak mają jedno wejście i jedno wyjście. Najprościej będzie przejść skrótem na drugą stronę, zostawić tam jakąś wiadomość, żeby nie wyszła z ogrodów i zacząć przeszukiwania. Ci pierwszoroczni mnie dobijają. Tak się kończy, jak bez powiadomienia nikogo idzie się nie wiadomo gdzie. Z drugiej strony, sam się z nich zgubiłem za pierwszym razem i nadziałem dłoń na płot, kiedy spadłem z drzewa w sadzie… Nikt się o tym nie dowiedział, ponieważ i tak mam już na tej dłoni bliznę, a ta się zagoiła. Lekarz nie potrafił mi wyjaśnić jak i dlaczego. Na wejściu spotkałem jakąś dziewczynę ze szkicownikiem.
- Cześć - podszedłem do niej. - Dasz mi jedną kartkę i pożyczysz ołówek?
- A co z tego będę miała?
- A co chcesz?
- Zniknęły mi akwarele…
- Okey oddam ci swoje, nienawidzę akwareli, a teraz dawaj - wyrwała kartkę i podała mi ołówek. Nabazgrałem na niej wiadomość, oddałem jej ołówek, zgiąłem kartkę i wsadziłem ją do kieszeni.
- Tam nie wolno wchodzić samemu - odparła kiedy miałem wejść do ogrodów.
- Dokładnie i zapamiętaj to sobie, bo ciebie też będę musiał szukać - odparłem i zniknąłem wśród labiryntu krzewów. Obrałem najkrótszą drogę, przez samo serce ogrodu. Droga na drugą stronę jest praktycznie nie do zapamiętania, ale pojedyncze krzewy, kształty, coś charakterystycznego, owszem. Tak właśnie poznałem cały ten cholerny ogród. Kiedy byłem w samym środku, nawet nie zerknąłem na to piękno, które potrafi omamić i zauroczyć tak, że niedoświadczeni, mogą przesiedzieć tutaj cały dzień. Zerknąłem na telefon, jestem tutaj piętnaście minut. Najważniejsze to nie stracić rachuby czasu, bo to już oznacza koniec. Po kolejnych siedemnastu minutach dotarłem do końca ogrodu. Za nim zaczynał się las, ale raczej nie chciałbym znaleźć się w nim sam. Wyszedłem na jego skraj i się rozejrzałem. Głucha cisza, nikogo wokół. Skupiłem się, wyostrzyłem zmysły. Dylan, skup się. Trzask gałęzi, kilkanaście metrów w głąb lasu. Ktoś się kręci w kółko. Zatrzymuje się. Ruszyłem w tamtą stronę, tym razem już biegłem. Im krócej sama tam będzie, tym lepiej. Po może dwóch minutach zobaczyłem ją. Siedziała na kawałku suchej ziemi, obejmowała kolana ramionami. Twarz schowała i oparła głowę o kolana, cała się trzęsła. Podszedłem do niej, zdjąłem bluzę, kucnąłem i delikatnie potarłem jej ramię.
- Hej Ariana, wszystko dobrze? - pokręciła głową. - Zdejmij kurtkę i załóż to. - podałem jej bluzę, ale ona ponownie pokręciła głową. Westchnąłem i usiadłem przed nią, na tyle blisko, że kolanami dotykała mojej klatki piersiowej. - Ej, mała, przeziębisz się. Siąpi, zimno jest, wieje, a ty cała drżysz. Może się mnie boisz, może jesteś przestraszona, ale będę spokojniejszy, jak jednak założysz tą bluzę. Będzie ci cieplej - pokiwała głową i zrobiła to, o co ją poprosiłem. - Wiesz ile chodziłaś po tych ogrodach? - ponownie pokręciła głową. - Chodź, musimy wracać…
- Nie mam siły… cały czas chodziłam - odparła cicho.
- Myślę jednak, że zaproponowanie, że cię zaniosę, to niezbyt dobry pomysł. Będziemy powoli iść, robić przerwy… wracanie przez ten labirynt po zmierzchu, to naprawdę zły pomysł, nawet dla kogoś tak dobrze znającego ten ogród, jak ja.
- Przepraszam…
- Nie, nie… proszę… nie masz za co przepraszać.
- Ale…
- Nie ma ale - odparłem i pogładziłem ją po włosach. - Uspokój się. Przecież tutaj jestem, tak? Nigdzie się bez ciebie nie ruszam.
Ari?
Mam nadzieję, że warto było czekać xD
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz