2017-02-28

Od Olivier'a - Do Bianki

    Księżyc świecił w pełni białym blaskiem, niezmąconym najmniejszą chmurą, czy kawałeczkiem mgły. Wiatr delikatnie potrząsał drzewami, przez co ich szum zagłuszał znikającą w oddali cywilizację. Gdzieś w oddali słychać było huczenie sów, w miarę jak zagłębiałem się w las, szum aut i miasta przestał być słyszany. Byłem tylko ja, mój motor i ciemny las bez żadnych świateł, czy ani skrawka cywilizacji. Asfaltowa ścieżka w końcu zmieniła się w kamienną, na której o wiele trudniej było jechać motorem, co jeszcze bardziej mnie skołowało. Gdzie, do jasnej cholery był ten ośrodek? W środku jakiegoś wielkiego lasu? Kątem oka spojrzałem na zegarek w radiu. Prawie dwudziesta. Cóż, wyjechałem przynajmniej godzinę wcześniej, a nadal nic nie było widać. Gdy zacząłem coraz bardziej się niecierpliwić, dostrzegłem tabliczkę z napisem ''Ośrodek W prawo''. Od razu domyśliłem się, o co chodzi i skręciłem we wskazanym kierunku. Nie minęło wiele czasu, zanim dotarłem do ogromnego, wiktoriańskiego budynku w samym środku lasu, na kompletnym odludziu.
     Zaparkowałem motor przed akademią i zapukałem do drewnianych, masywnych drzwi. Przez chwilę słyszałem jedynie swój oddech i ciche odgłosy natury, lecz w końcu do moich uszu dobiegł dźwięk czyichś kroków. Pokrótce otworzył mi starszy mężczyzna o siwych włosach, ubrany w czarną, dobrze dobraną marynarkę i luźne jeansy. Wyglądał na miłego.

- Pan Olivier, jak mniemam? - zapytał facet, gestem pokazując, abym wszedł.
- Tak. To pan jest dyrektorem ośrodka? - odpowiedziałem, obserwując bacznie, jak mężczyzna prawie bez żadnego wysiłku zamyka drzwi sięgające praktycznie do sufitu.
- Zgadza się. Zapraszam do mojego gabinetu. Wystarczy tylko podpisać parę świstków, a potem ktoś zaprowadzi pana do pokoju. - na jego twarzy zagościł uśmiech, gdy wymawiał te zdania. Pokiwałem głową, na co on gestem pokazał, aby iść za nim. Najpierw przeszedł przez ogromny korytarz, rozwidlający się na cztery strony, z wielkimi schodami po środku. Skręcił w prawo, po czym otworzył pierwsze drzwi, równie wiktoriańskie jak reszta akademika.
     Załatwiłem wszystkie sprawy, a później jedna ze służby, o ile tak to mogę nazwać, zaprowadziła mnie do pokoju. Był dosyć duży, czemu w sumie się nie dziwiłem, widząc wielkość tego ośrodka. Po środku sypialni mieściło się duże łoże wykonane z ciemnego drewna, na którym położono wiele różnych poduszek i kocy. Nad łóżkiem powieszony był baldachim, po lewej i prawej stronie dwie szafki z lampkami. Standardowo - szafa, komoda, biurko pod wielkim oknem i puchaty dywan na samym środku pokoju. Całkiem przytulnie.
     Po tym jak się rozpakowałem i zwiedziłem resztę ''mieszkania'', nabrała mnie ochota na zwiedzenie trochę tego ośrodka. Miałem dość dobrą orientację w terenie, martwił mnie jednak fakt, że ten akademik jest zbyt duży jak na mnie. Do odważnych świat należy! Kątem oka spojrzałem jeszcze na zegar, wybiła dwudziesta druga, lecz mimo wszystko wyszedłem, zamykając pokój za sobą. Na niektórych korytarzach światła były zgaszone, więc w sumie czekała mnie wędrówka w ciemno. Gdy skręciłem w ciemny korytarz, nagle w coś wpadłem. Drobna postać odbiła się ode mnie w przeciwną stronę i upadła twardo na ziemię, tak samo jak ja. Szybko się podniosłem, otrzepując z kurzu. Mimo panującego półmroku dostrzegłem w postaci białowłosą dziewczynę. Podałem jej rękę, którą ona z gracją i delikatnością chwyciła.
- Przepraszam. - wymruczałem, drapiąc się po karku. Istotka spojrzała na mnie z dołu, ponieważ była nieco niższa ode mnie. W pewnym momencie usłyszałem także ciche pomiaukiwanie. Gdy odruchowo przeniosłem głowę w tamtym kierunku, dostrzegłem małą, czarną kotkę obok nieznajomej.

Bianka?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz