Bez ociągania odkopałam się z ciepłych koców, nigdy nie miałam problemów ze wstaniem rano...ale budził mnie w nocy każdy, najcichszy dźwięk...plus był taki, że nie musieliśmy mieć w domu alarmu przeciwwłamaniowego. Coś ścisnęło mnie w sercu na myśl, że zobaczę Frankie'go i rodziców dopiero za jakiś czas. W nocy, z nudów, poukładałam w szafie wszystkie ubrania, łazienka cała była w moich kosmetykach. Mam hopla na punkcie swoich włosów, tak naprawdę są kręcone, czego nie znoszę i staram się zminimalizować bez konieczności użycia prostownicy. Prostownica to zło. June twierdzi, że wyglądam z tymi kręciołkami uroczo...ale wolę tego nie pokazywać światu. Związałam włosy w kok i szybko wciągnęłam na siebie wygodne leginsy i flanelową koszulę. No, oczywiście była za duża i za długa...ciężko znaleźć coś na dziewczynę 156. Jestem zmuszona wyjść do stołówki...moja lodówka jest pusta, muszę przy najbliższej okazji zrobić jakieś zakupy. Uwielbiam jeść śniadania w samej piżamie, która składa się z bielizny i bluzki....a tak nie będę paradować przed ludźmi. A w sumie to może mi wyjść na dobre, może poznam kogoś fajnego. Zanim wyszłam, rzuciłam okiem na skórzaną kurtkę, która jako jedyna została w walizce...po cholerę mi to było? Przecież to nawet nie mój styl, a mój wybawca jest wiele kilometrów stąd i na pewno już o mnie zapomniał.
***
Tłok panujący w stołówce sprawił, że automatycznie odwróciłam się na pięcie i zmieniłam kierunek podróży. Nienawidzę tłumów. Skorzystam z okazji i pójdę zobaczyć salę balową, wczoraj była niestety już zamknięta.
W miarę sprawnie znalazłam wejście, ma się tą orientację w terenie. Już miałam rękę na klamce, kiedy usłyszałam dochodzącą z pomieszczenia muzykę...pianino, albo fortepian. Nigdy nie umiałam odróżnić nawet fletu zwykłego od poprzecznego.
Melodia była piękna, ale przepełniona smutkiem...wprawiała mnie w melancholijny nastrój, zanim się obejrzałam, miałam prawie łzy w oczach. Nie mogąc się powstrzymać, weszłam do środka by zobaczyć, kto tak pięknie gra.
Za, ewidentnie, pianinem siedział chłopak w bluzie i ze słuchawkami na uszach. Nigdy nie widziałam go bez tej skórzanej kurtki, ale dobrze wiedziałam, że to Dylan. Doznałam czegoś w rodzaju deja vu...nagle zakręciło mi się w głowie, poczułam ostry ból w biodrze, ledwo zarejestrowałam, że siedzę na posadzce.
Ciepły, słoneczny dzień. Słońce wpadało przez okno, grzejąc moje ręce, które położone były na klawiszach. Spod moich palców wydobywał się okropny fałsz, żadna nuta nie pasowała do siebie.
- Idzie ci coraz lepiej, Elizabeth - usłyszałam znajomy głos za sobą
- Jasne, tylko próbujesz mnie pocieszyć,Kristian.
Mężczyzna usiadł obok mnie, obejmując mnie w talii i unosząc do góry, po chwili siedziałam na jego kolanach. Czułam jego ciepły oddech na swojej szyi, teraz to on grał na pianinie. A spod jego palców wydobywała się piękna, smutna melodia...
***
- Wszystko okej? - usłyszałam nagle
Co się, do cholery, przed chwilą stało? Przecież siedziałam tam, na kolanach K....kogo?
- Tak, przepraszam, gapa ze mnie...poślizgnęłam się - zaśmiałam się, wstając.
Moje oczy spotkały się z błękitnym spojrzeniem bruneta.
[Dyll?]

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz