2017-03-22

od Matyldy cd Sony

Popatrzyłam szybko przez okno. Pogoda była piękna więc można było rzeczywiście się przejść.
-Daj mi chwilkę, musze znaleźć bluzę i będę -Obiecałam i wyszłam z pokoju . Dziewczyna była bardzo miła, miała inny gust, kompletnie inny gust. Kochała gry komputerowe  widać było że jest taką trochę chłopczycą. Ale jest miła i ma dużo znajomych. Była ładna, pasował jej ten image Niby nic nie było dobrane ale całość którą jej nieład tworzył była piękna. Złapałam swoją szaro niebieską bluzę i zmieniłam buty na sztyblety. Gumowe kaloszki do jazdy konnej były idealne na wiosenne roztopy.
-Jestem -Z szerokim uśmiechem zatrzymałam się obok czekającej na mnie pod drzwiami swojego pokoju Soni.
-Dobra to ahoy przygodo co ?-Zaśmiała się do siebie. Podniosłam kącik ust w odpowiedzi i ruszyłyśmy. Pogoda była piękna, słońce lekko grzało i sikorki się ogarnęły że czas śpiewać. Nabrałam czystego powietrza w płuca i szczęśliwa wypuściłam je .
-Gdzie idziemy?-Zapytałam po dłuższej chwili spaceru w ciszy.
-Poznam cię z moimi znajomymi, są pewno za szopami. -Powiedziała i kiwnęła głową na zielono brązowe budynki. Kroczyła pewnie i zdawało się że szła tędy miliony razy.
-Nie znam ich -Zauważyłam.
-Poznasz-Podniosłą wzrok i uśmiechnęła się zachęcająco.
-No... a jak mnie nie polubią?
-Spróbowali by -Prychnęła i zrobiła kolejny krok. Usłyszałam jakąś rozmowę i męski śmiech... O jej
czas poznać nowych ludzi ..
<Sony ? wybacz że tak późno ale ważne że jest co ?>

2017-03-19

Eclypse - Du er alene



Budzik zadzwonił jak zawsze o 6.30, wstałem powoli żeby go wyłączyć. Westchnąłem cicho i poszedłem się umyć oraz ubrać. Po tym zjadłem "śniadanie" i wróciłem do łóżka żeby poczytać. Jest sobota, więc cały dzień mam wolny. Nie wyszedłem ze swojego pokoju do 19, żeby uniknąć ludzi, a i tak wyszedłem na jakieś 20 minut. Po powrocie otworzyłem okno w pokoju i zrobiłem sobie herbatę, dokładnie tym się żywię, herbatą i tostami z dżemem, nie potrzebuję niczego więcej. Ale i tak kiedy staję w lustrze jestem obrzydzony samym sobą, więc w końcu postanowiłem zakryć lustra jakimś materiałem, zostawiłem tylko jedno, nad umywalką w łazience.

Od Sony CD Jona

- A mam pewność, iż ten apetyczny rogalik nie jest zatruty? - uśmiechnęłam się lekko, podnosząc pysznie wyglądające ciastko - Może chcesz się zemścić, a ja, miłośniczka jedzenia, nieświadomie zjem śmiercionośny wypiek?
- Nigdy nie wiadomo. - chłopak wzruszył ramionami i zrobił teatralną minę.
- Dobra. - machnęłam ręką i wzięłam ogromny kęs rogalika - Za bardzo uwielbiam jedzenie, by się nad tym zastanawiać. - dodałam, gdy przełknęłam.
- Nie wyglądasz na uwielbiającą jedzenie. - stwierdził mój współtowarzysz z rozbawieniem.
- Ach, wiem, co masz na myśli. - uniosłam brwi - Seksi figurka, ogólnie zostało mi tylko pójście na sesję zdjęciową do najnowszego wydania Vogue, czy tak?
- Dokładnie to miałem na myśli. - odparł z wyczuwalnym sarkazmem, a jednak jego mimika nie wyrażała żadnej niechęci do mojego dziwacznego poczucia humoru.
- Swoją drogą, jak masz na imię, drogi kolego od herbatki? - zapytałam, kończąc swój posiłek i patrząc na niego z wyczekiwaniem. Dopiero co przyjechaliśmy, a należało poznać jak najwięcej osób; no bo kto będzie trząść tą budą, jak nie my?
- Jon. - odparł, również biorąc ostatni kęs swej porcji - Jon Whitelaw, gwoli ścisłości.
- Sona Andrenyi. - podałam mu dłoń nad stołem, a on ją uścisnął. 
- Skąd pochodzi to nazwisko? - zapytał Jon, zapewne zaciekawiony genezą mego nietypowego nazwiska.
- Węgierskie, jak mniemam. - odparłam, opierając głowę na dłoniach - Chociaż z Węgrami związana jestem jak piernik z wiatrakiem. Mój dziadek stamtąd pochodzi, ale takie bestie jak ja rodzą się tylko w Stanach. Także masz przed sobą laskę z Waszyngtonu z krwi i kości. A, właśnie - zaczęłam inny temat, który przyszedł mi do głowy - dlaczego nie jesteś na lekcjach? Już trwają, z tego, co wiem.
- Oj, nie wiem. - wzruszył ramionami - Jakoś tak wyszło.
- Mi powiedzieli, że mogę walić dzisiejsze lekcje, skoro przyjechałam przed godziną. - poinformowałam, żywo gestykulując - Ale myślę, że nie obrażą się, jeżeli nie będę uczęszczać na zajęcia trochę częściej. Ostatnie, o czym marzę, to dodatkowa szkoła, a przecież tę normalną już ukończyłam. Zresztą, chrzanić! - machnęłam ręką - Oficjalnie zapraszam cię na niesamowite wagary połączone z eksploracją najbliższych terenów. Skoro teraz nie ma cię na lekcjach, nikt się nie skapnie, że nie będzie cię na kolejnych.
- Skoro prosisz. - zaśmiał się, wstając od stołu. Uczyniłam to samo i, zebrawszy oba nasze talerze, odłożyłam je do mycia.
- Propozycja spędzenia ze mną dnia brzmi zbyt kusząco, nieprawdaż? - uśmiechnęłam się łobuzersko, podążając w stronę wyjścia. Wychodząc, przypomniałam sobie, że praktycznie zostawiłam Maggie samą w pokoju, mówiąc, że idę jedynie zrobić sobie herbatę. Pospiesznie wyciągnęłam telefon i wystukałam wiadomość na messengerze:

Do: jakaś randomowa idiotka~
Hej, wrócę później, kochana x

- Z kim tak SMS-ujesz? - zapytał Jon, widząc, że nie odrywam się od ekranu. Natychmiast wygasiłam telefon i schowałam go do kieszeni.
- Mag, moja przyjaciółka i, od niedawna, współlokatorka. - oznajmiłam - Powiedziałam jej, że idę po herbatę, a nie wracam od dwudziestu minut, ups! I tak wątpię, aby się o mnie martwiła. A, właśnie, gdzie pójdziemy? Trzeba obmyślić jakiś fantastyczny plan wycieczki.
- A gdzie proponujesz?
- Gdzie nogi poniosą. - odparłam bez namysłu - Ale na pewno nie do jakichś lasów czy innych chaszczy, bo to nudzi. Poszłabym na miasto. Salony gier? Super muzea? Park rozrywki? Cyrk? Nie...?

(Jon?) 
Realm Ascent musi wrócić, za bardzo za nim tęsknię, ugh.
Ja też ;,; ~Hejtuś

2017-03-18

Od Jona C.D. Sony

Zaspany, wszedłem do stołówki po późne śniadanie. A raczej bardzo późne, bacząc na to, która była godzina. Nic więc dziwnego, że stołówka świeciła pustkami. Bliżej było do obiadu, niż do śniadania. No i większość była już na lekcjach, Skrzywiłem się, wiedząc, że w spóźnianiu się lub niezjawieniu na lekcjach jestem mistrzem.
Moją wędrówkę do stolika z rogalikami, masłem i dżemem przerwało energiczne uderzenie we mnie przez niską, czarnowłosą dziewczynę. Oczywiście, jak to zawsze bywa przy moim szczęściu, niesiona przez nią gorąca - i to bardzo, przekonałem się o tym na własnej skórze - herbata wylądowała na mojej koszulce, mocząc materiał i parząc skórę.
Nim zdążyłem chociażby zakląć, dziewczyna już zaczęła swój wywód, przepraszając piszczącym głosikiem i podając mi chusteczki. Nawet kiedy chciałem się odezwać, nadal piszczała swoje przeprosiny, co całkowicie mnie rozbawiło i zamiast zapewnić ją, że nic się nie stało, roześmiałem się głośno.
- Ale z ciebie katarynka - powiedziałem rozbawiony. - Ciągle tak nie dajesz nikomu dojść do słowa? - mruknąłem, robiąc użytek z podanych mi przez dziewczynę chusteczek i wycierając ogromną plamę na koszulce, zaraz po tym, jak odciągnąłem materiał od sparzonej skóry.
- Jeszcze raz przepraszam - dodała dziewczyna, patrząc na mnie przepraszająco swoimi dużymi jak u dziecka, brązowymi oczami. - Nie jesteś zły?
- Będę, jeśli jeszcze raz mnie przeprosisz - ostrzegłem ze śmiechem, zauważając, że dziewczyna poprawiła mi humor. - To tylko herbata. Jakoś to przeżyję.
- Wynagrodzę ci to - obiecała.
- Och, nie wątpię - zapewniłem, rozciągając usta w łobuzerskim uśmiechu. Widząc rumieniec zalewający twarz dziewczyny, przewróciłem oczami. Standard. - Jesteś nowa? - domyśliłem się.
- Właśnie przyjechałam - wyznała, nadal wpatrując się we mnie swoimi ufnymi, łagodnymi jak u sarny oczami.
- W takim razie musisz być głodna po podróży - stwierdziłem, wyjmując z jej dłoni puste kubki i odstawiając je na pobliski stolik. Kiedy ująłem dziewczynę za łokieć, ta zdziwiona ruszyła powoli, prowadzona przeze mnie do kolejnego stolika. - Zjesz ze mną śniadanie?
- A czy mogę odmówić? - zapytała.
- Oczywiście, że nie - powiedziałem, śmiertelnie poważny. Odsunąłem dla niej krzesło i sam usiadłem naprzeciw, od razu sięgając po rogalika i nóż, by go rozpołowić. Następnie nabrałem na nóż trochę dżemu, rozsmarowując go na dwóch połówkach rogalika. - Zjedzenie ze mną śniadania będzie twoim zadośćuczynieniem za potraktowanie mnie wrzątkiem. Jeśli ci to nie odpowiada, zaraz mogę iść po gorącą herbatę i wyrównać rachunki, oko za oko - zażartowałem, przesuwając w jej stronę jedną połówkę rogalika. - To jak będzie?
Wiedziałem, że zgodnie z prawami estetyki powinienem najpierw pójść do pokoju i przebrać mokrą koszulkę, byłem jednak zbyt głodny. Pojawienie się czarnowłosej było jednak plusem, widziałem bowiem, że nie odmówi mi wspólnego śniadania, a wyglądała na dość zabawną osóbkę. Zawsze to lepiej jeść w czyimś towarzystwie, rozbawiany rozmową, niż samotnie.

(Sona?)

Oj tak, Realm Ascent było cudne. Pokochałam blog i postacie. Dopraszam się o reanimację bloga!!!

Od Jona C.D. June

Słysząc słowa dziewczyny, roześmiałem się cicho, przenosząc niechętnie wzrok z jej szczupłego ciała na swoją sportową torbę.
- Coś mi się wydaje, że przynoszę nam pokój - wytknąłem rozbawiony. - Mam cały termos kawy.
- Naprawdę? - zapytała dziewczyna, schodząc z bieżni i patrząc w stronę rogu sali, gdzie zostawiłem torbę i wystający z niej termos. Zaczęła iść w tamtą stronę, ale złapałem ją za kruchy nadgarstek, kręcąc rozbawiony głową.
- A gdzie ci tak spieszno? - zapytałem, przywołując na twarz złośliwy uśmiech.
Dziewczyna obróciła się zdziwiona, patrząc na mnie z wyrazem zawiedzenia na swojej ślicznej, rumianej twarzy. Omal się nie roześmiałem, gdy zobaczyłem jej wydęte jak u dziecka wargi.
- Nie podzielisz się? - zapytała z wyrzutem.
- Tylko jeśli zdążysz za mną - powiedziałem chytrze, powtarzając dokładnie jej słowa, które przed chwilą wypowiedziała. Gdy dziewczyna uniosła z niedowierzaniem brwi, ja zdążyłem już wejść na bieżnię, włączając ją i zaczynając od spokojnego truchtu.
- Skoro chcesz mieć za kompana marudę, proszę bardzo - powiedziała niezadowolona. - Uprzedzałam, jaka jestem bez kawy.
Wzruszyłem lekko ramionami, podkręcając prędkość i po kilku chwilach biegłem już zwyczajowym dla siebie tempem. Po chwili spojrzałem na dziewczynę, która zajęta biegiem, nie zaszczycała mnie nawet spojrzeniem. W myślach oceniłem, że jest dosyć wysoka jak na dziewczynę, wciąż jednak była o jakieś 20 cm niższa ode mnie. No i szczupła, bardzo szczupła. Mógłbym iść o zakład, że ma niedowagę i gdyby nie jej wywód o szlifowaniu prędkości u Diamentowych, zastanawiałbym się, po jaką cholerę tu przyszła. Podskakująca przy każdym kroku, brązowa kitka sprawiała, że dziewczyna wyglądała jak mała dziewczynka, tym bardziej, gdy była naburmuszona i starała się mnie ignorować.
- Jak masz na imię? - zapytałem, czując się niezręcznie w tej ciszy.
- Ta wiedza jest ci niezbędna? - zapytała z wyższością w głosie, co znów mnie rozbawiło i przywołało na usta uśmiech. Był on nowością po tym, że wczoraj cały dzień spędziłem na posyłaniu nowemu znajomemu Bianki nienawistne spojrzenia.
- Owszem. Jako kulturalny człowiek lubię widzieć kluczowe informacje o swoim rozmówcy. Oczywiście nie musisz zaraz podawać grupy krwi i nazwiska panieńskiego matki. Imię w zupełności mi wystarczy - skomentowałem sarkastycznie, zaraz jednak zreflektowałem się, że nowo poznana dziewczyna może nie poznać się na moim specyficznym poczuciu humoru i uznać mnie za osobę niedorozwiniętą psychicznie, a tego zdecydowanie bym nie chciał. - Ja jestem Jon - dodałem po chwili.

(June?)

Od Sony CD Matyldy

- Naprawdę? - moje źrenice rozszerzyły się w geście zdumienia - Imprezy tak na ciebie działają?
- Mhm... - potwierdziła, kiwając głową - Nie wiem, dlaczego. To... może teraz ty opowiesz coś o sobie?
- O mnie? - powtórzyłam w zamyśleniu - Hm... spróbuję, ale nie obiecuję, że nie będę przynudzać. To tak... lubię gry. Na komputer, na konsolę; wszystko jedno. Szczególnie RPG, fabularne... to taka immersja, że wow. Fajne są te w uniwersum post-apo, albo fantasy-średniowiecze. O ile w ogóle wiesz, o czym mówię. - zaśmiałam się - No to... interesuję się jeszcze rockiem, sama gram na  gitarze elektrycznej i perkusji. Lubię My Chemical Romace, Nirvanę, Arctic Monkeys i inne takie. Hmm... co jeszcze? O, często majsterkuję. Robię mechaniczne rzeczy, ale dość rzadko, bo nie mam na to zbyt wiele czasu.
- Jakiego typu rzeczy? - dopytała Matylda.
- Ruchome maszyny, zazwyczaj zdalnie sterowane... głównie to. - odparłam z lekkim uśmiechem - Swoją drogą, nie wiem, czy ci już to mówiłam, ale masz bardzo ładne włosy. Od razu zwróciłam na nie uwagę. - stwierdziłam.
- Dziękuję. - odrzekła Mati, rumieniąc się lekko.
- Co powiesz na to, abyśmy gdzieś poszły? - zapytałam - Na przykład do ogrodów? Siedzenie w środku w taką ładną pogodę to trochę marnowanie czasu. A nuż spotka nas coś ciekawego na zewnątrz?

Matylda? Brak pomysłu ;_; 

od Matyldy cd Sony

-Hm.. O mnie? Mam tatuaż! -Powiedziałam podnosząc się z łóżka i podnosząc bluzkę na wysokośc stanika tak że drzewo pokazało się w całej okazałosci.
-Bolało?
-Usnęłam, jakimś cudem więc nie czułam -Przyznałam z uśmiechem i puściłam koszulkę.Potem podwinęłam rękaw i pokazałam jej napis.
-Masterpiecie?
-Dzieło sztuki, wiesz takie przypomnienie że nie każdemu muszę się podobać ale w każdym wywołuję emocje -Przyznałam z uśmiechem.
-No ładnie -Pokiwała głową.
-Co jeszcze o mnie... Od małego chciałam ćwiczyć balet ale nie wypaliło i teraz jest za późno -Przyznałam.
-Nigdy nie jest za późno na spełnianie marzeń! -Krzyknęła i patrzyła zachęcająco w moim kierunku.
-To nie chodzi o moje chcenie, to chodzi o brak zajęć dla osób początkujących w moim wieku, do grupy dla dzieci mnie nie wezmą a do grupy dla dorosłych jestem za słaba -Kiwnęłam głową . Zaczęłam jednak chodzić po jej pokoju stawiając daleko nogę z palcami w pinty i tak sobie skakałam.
-Coś tam umiesz -Zaśmiała się i prechyliła głowę.
-Mało..
-Co jeszcze mi o sobie powiesz ?-Zapytała z ciekawością w głosie i nie mogłam się powstrzymać i pisnęłam radośnie .
-Ja.. śpiewam trochę-Przyznałam.
-Czy jest coś czego nie umiesz -Prychnęła.
-Jeździć samochodem i imprezować?-Pytanie było odpowiedzią ale no wiadomo. Popatrzyła na mnie jak na wariatkę.
-Nie imprezujesz?
-Robię się płaczliwa na imprezach -Przyznałam
<sony... dawaj cos o soobie ?>

Od Sony CD Matyldy

- Ja pierdzielę, o co tu biega? - jęknęła zirytowana Maggie, słysząc pukanie do drzwi.
- Dobra, przymknij się, ciągle marudzisz. - odparłam, rzucając w nią poduszką - Możesz wyjść do chłopaków, jeżeli tak bardzo cię wszystko drażni.
- Okej. - wzruszyła ramionami, po czym wstała i poszła w stronę drzwi. Za nimi stał nikt inny jak Matylda, trzymając coś w dłoniach. Maggie stała w drzwiach chwilę, zapewne przyglądając się jej sceptycznie, po czym wyminęła ją, rzucając na odchodnym:
- Sona jest w środku.
Dziewczyna powolutku weszła w głąb pokoju. Zauważywszy mnie, rozpromieniła się i podeszła do mojego łóżka. Skinęłam lekko głową, a ona usiadła na brzegu materaca.
- Gdy mówiłaś o tych kubkach... - zaczęła radośnie - ... pomyślałam, że ja mam ich dużo. Dlatego, noo... przyjmij ten prezent.
Wyciągnęła w moją stronę małe, ładnie i starannie opakowane pudełko z ozdobną wstążką. Uśmiechnęłam się promiennie i otworzyłam je powoli, a mym oczom ukazał się czarny kubek, który od razu mi się spodobał.
- Dziękuję bardzo, kochana! - rzekłam wesoło i, odłożywszy kubek na szafkę nocną, przysiadłam się obok Matyldy. Przytuliłam ją mocno i długo, nie czekając na jej reakcję - Jest bardzo ładny.
- Tak myślałam, że ci się spodoba. - uśmiechnęła się.
- Potrafisz wyczuć gust. - odwzajemniłam jej gest, po czym odsunęłam się od niej - Kurczę, gdybym coś miała, to też bym ci dała. Jedyne, co mam, to całą szafę ciuchów. Ale wątpię, byś chciała którąś z moich bluz. - zaśmiałam się - W każdym razie, na pewno kiedyś ci się odwdzięczę. A tymczasem... - próbowałam wymyślić jakikolwiek temat, chcąc zapobiec niezręcznej ciszy - ... chcesz opowiedzieć mi coś o sobie? Z chęcią poznałabym cię bliżej, bo zdajesz się być sympatyczną osóbką.

Matylda?

od Matyldy cd Sony

Dziewczyna była luźno ubrana. Ja założyłam błękitną koszulkę i złote balerinki , do tego spódniczkę. Doszłyśmy na stołówkę i Sonia wybierała herbatę, ja w tym czasie nalałam sobie wody i szybko nabrałam owsianki do miseczki.
-Będę musiała poprosić Maggie, by kupiła mi na następne urodziny jakiś ładny kubek. Mam dość już tych brzydkich, przezroczystych, pożyczonych ze stołówki. Ach, pozwól, że zostawię cię na chwilkę-Powiedziała stawiając kubek na blacie.
-Zanim herbata ostygnie, zdążę wyjść i zapalić papierosa. Chyba, że chcesz pójść na zewnątrz ze mną?- Zapytała spokojnie . O nie... paląca.. A taka piękna. Westchnęłam.
-Nie dziękuje usiade i na ciebie poczekam zaklepie nam dobry stolik -Obiecałam i postawiłam sobie jej herbatę na tacy i poszłam szukać obiecanego stoliku. Znalazłam jeden obok okna. Kiedy krótko włosa wróciła mocno było czuć że się natleniała.
-Uh.. -Skrzywiłam się odrobinę ale starałam się nie dać po sobie poznać jak bardzo zapach mi przeszkadza.
-Nie lubisz zapachu ?-Zapytała pijąc swój napój.
-Jakoś, nie dobrze  mi się zawsze robi- Przyznałam lekko się bojąc. No bo co jak stwierdzi że nie możemy się kolegować?
-Oj.. będę nosić gume -Obiecała i wypiła kolejny łyk. Rozpromieniłam się cała.
-Jaki masz dar?-Zapytała nagle.
-A na jaki wyglądam -Uśmiechnęłam się. Byłam ciekawa jak mogłam zostać oceniona przez istotę której oczy przypominały kolorem czekoladę.
-Na... Coś z naturą?-Strzeliła .
-Tak jakby.. Łącze się z roślinami i zwierzętami -Przyznałam.
-Heyyy zgadłam! -Strzeliła do mnie z pistoletów z dłoni.( w sensie wiesz dwa palce i pew pew pew)
-Brawo -Zaśmiałam sie na ten gest i nabrałam kolejną łyżkę owsianki.
-A ja?
-Ty... Coś .. nie wiem.. elektryka?
-Nope, cofam się w czasie -Powiedziała dumna z siebie.
-OOOO Zazdro!
-Czasem coś się psuje -Przyznała..
-Ja tam zawsze coś zepsuję -Puściłam jej oczko i zaskrobałam łyżeczką o dno miski.
-I się skończyło.. wracamy?
-Okay-Podniosłam się i odniosłam nasze naczynia. Dziewczyna spokojnie szła obok mnie i opowiadała o swoich znajomych. W swoim pokoju sama uświadomiłam sobie jak wiele kubeczków mam ja.. Miałam jeden od brata , Był czarny i miał napisane `` Deal with it``. Popatrzyłam na kubek i w głowie zaświtał mi pomysł. Szybko wygrzebałam wstążkę i stałam pod drzwiami dziewczyny z zapakowanym prezentem..
<Sonya xd?>

Od Sony CD Matyldy

- Okej, Mati. Mam nadzieję, że nasz budzik już nie będzie cię niepokoił. A RACZEJ CZYJŚ BUDZIK! - odwróciłam się, patrząc wymownie na Maggie. Ta, nie podnosząc na mnie wzroku, pokazała mi środkowy palec i wróciła do przysypiania - Też cię kocham, Mag. Dobra, Marlena...
- Matylda...
- Tak, Matylda, chciałabyś może pójść ze mną po herbatę? - zaproponowałam - Chodzę po nią codziennie rano, a ten pierdzielec nie ruszy się z łóżka. - wskazałam głową na ukrytą pod kołdrą Maggie.
- No... okej. - dziewczyna uśmiechnęła się delikatnie, odgarniając swe fioletowe włosy - Tylko się ubiorę.
Wróciła do swojego pokoju, a ja zamknęłam drzwi swojego.
- Co jest z tobą nie tak? - jęknęła Mag głosem przytłumionym przez kołdrę.
- Co? - zmarszczyłam brwi, zaglądając do szafy.
- Co ty odpierdzielasz?
- Lel, jestem miła dla nowej. - wzruszyłam ramionami, wyciągając z głębi szafy szary t-shirt z nadrukiem The Last of Us - Pamiętaj, że to tylko ty w tym pokoju jesteś nieprzyjemną szmatą.
- Zamknij twarz. - burknęła, wychylając się zza brzegu łóżka - Jesteś porąbana.
Naciągnęłam na siebie jeszcze jasne, lekko starte dżinsy i czarną bluzę niewiadomej marki. Wzięłam moje klucze z szafki nocnej i, zabrzęczawszy nimi, wyszłam z pokoju. Czekałam tylko chwilkę, zanim wyszła Matylda, więc od razu ruszyłyśmy do stołówki.
Na miejscu miałam, jak zwykle, dylemat - którą herbatę wybrać? Miętową, zwykłą, zieloną, owocową? Ostatecznie zdecydowałam się na malinową z dużą ilością cukru, więc, zagotowawszy wodę, zalałam szklankę z torebką w środku. Posłodziłam napój i wzięłam kubek za ucho, by się nie poparzyć.
- Jeju. - mruknęłam, patrząc krytycznym wzrokiem na lekko wyszczerbioną szklankę - Będę musiała poprosić Maggie, by kupiła mi na następne urodziny jakiś ładny kubek. Mam dość już tych brzydkich, przezroczystych, pożyczonych ze stołówki. Ach, pozwól, że zostawię cię na chwilkę. - mówiąc to, odłożyłam kubek z powrotem na blat - Zanim herbata ostygnie, zdążę wyjść i zapalić papierosa. Chyba, że chcesz pójść na zewnątrz ze mną?

Matylda?

OD Matyldy cd Sony

- Wy małe chu...- Otworzyła drzwi niska  ciemnowłosa dziewczyna . Miała na obie rozciągnięte dresy i jakiś t-shirt. Popatrzyła na mnie zdziwiona.
- Nie wpuszczaj ich! - Odezwał się za nią damski głos
- To nie oni, idiotko. - rzuciła
- Dobra, czego chcesz? - zwróciła sie do mnie i oparła o framugę.
-Wyłączycie budzik?-Wymamrotałam prawie  do samej siebie
-Co? -Miała nieprzytomne spojrzenie i chyba tak samo jak ja pragnęła powrotu do łóżka.
-Czy możecie wyłączyć to dzieło szatana?-Zapytałam wskazując na dalej pikające urządzenie. Popatrzyła w kierunku który pokazywałam , popatrzyła na mnie i kiwnęła głową.
-Jasne nie ma sprawy -Mruknęła podeszła do budzika i dość szybko zamilkł.. Jezu błogość ciszy.
-Jeszcze coś?
-Chyba nic, dziękuje
-Nie znam cię... Jesteś nowa ?-Zapytała uśmiechając się zachęcająco.
-Ymm. Tak.. Od wczoraj tu jestem -Uśmiechnęłam się najładniej jak potrafię. Jej brwi lekko drgnęły.
-Sonia -Wysunęła rękę.
-Matylda-Szybko ją uścisnęłam.
-Miło poznać Matyldo... jak to skracać?
-Mati, Tylda albo jak ci się podoba byle by nie Dildo -Powiedziałam na jednym wydechu . W ostatniej szkole nie wiadomo czemu ludzie uznali za zabawne nazywanie mnie Dildem. Ani miłe ani zabawne.
-Okay... Mati , mam nadzieje że nasz budzik nie będzie cie niepokoił... A RACZEJ CZYJŚ BUDZIK !-Krzyknęła w głąb pokoju.
<sonya xd?>

Od Sony CD Matyldy

- Maggie, złotko moje, zawrzyj twarz. - jęknęłam, zwracając się do współlokatorki. Od dwudziestu minut gadała przez telefon z jakimś znajomkiem, który został w rodzinnych stronach, a jej przejawiający się co jakiś czas histeryczny śmiech doprowadzał mnie do szału. Na moją uwagę dziewczyna wymamrotała do słuchawki, by jej rozmówca poczekał, po czym wyłączyła głośnik i odpowiedziała mi równie słodkim głosem:
- Sonka, popierdzieleńcu mój, przymknij się. - po tych słowach wróciła do rozmowy.
- O, matko. - westchnęłam, zakrywając głowę poduszką. Chwyciłam mój telefon i spojrzałam na powiadomienia. Rost do mnie pisał? Dziwne, że moja komórka nie zawibrowała.

Od: Rost ♥
Przyjdźcie do nas, jakiś idiota z pokoju obok nawala heavy metalem, więc i tak nie zaśniemy.

Do: Rost ♥
Pomarz sobie. Maggie napierdziela z jakimś ziomem przez telefon, a sama pogubię się na tych korytarzach.

- Maggie... - zawołałam głośniej - Skończże już te pogaduszki i chodźmy do chłopaków.
- Chłopacy mogą poczekać. - westchnęła niecierpliwie moja przyjaciółka - Z Rudim rzadko mam okazję porozmawiać, a mordy Rosta i Lina widzę codziennie.
Odpisałam więc Rostowi, że i tak nici ze spotkania. Z niesmakiem stwierdziłam, że będę musiała spróbować zasnąć, chociaż wcale nie miałam na to ochoty. Wypiłam resztkę herbaty, która stała na mojej szafce nocnej i naciągnęłam na siebie kołdrę. Mag najwyraźniej zlitowała się nade mną, bo zaczęła mówić ciszej, a ja, po paru minutach, usnęłam.
Zbudził mnie wpieklający dźwięk budzika. Sięgnęłam, zirytowana, po komórkę, ale nie był to mój alarm. Chwyciłam jedną z moich fancy poduszek, po czym rzuciłam nią w Maggie, skutecznie ją budząc. 
- Ciebie naprawdę nie budzi ten wnerwiający dźwięk? - zapytałam ospale.
Mag zignorowała moje pytanie i, przewróciwszy się na drugi bok, spróbowała sięgnąć po swój telefon. Zanim zdążyła go wyciszyć, usłyszałyśmy ciche pukanie do drzwi.
- Kto, do jasnej cholery, puka do kogoś o tej porze? - zapytałam, może trochę zbyt głośno; na pewno osoba po drugiej stronie to usłyszała.
- Pewnie chłopacy, tylko oni są takimi debilami. - jęknęła Maggie, nareszcie wyłączając alarm i z powrotem naciągając na siebie kołdrę.
- Wy małe chu... - zaczęłam, będąc pewna, że to Lin i Rost, jednak przerwałam, kiedy zobaczyłam w drzwiach niską, uroczą dziewczynę o fioletowych włosach.
- Nie wpuszczaj ich! - usłyszałam za sobą głos Maggie.
- To nie oni, idiotko. - rzuciłam za siebie. Ach, jak ja uwielbiałam przyjaźnie, które polegały na wzajemnym obrażaniu się; mimo, że osoba postronna mogłaby uważać nas za wrogów, kochałyśmy się z Mag jak mało kto - Dobra, czego chcesz? - zwróciłam się do dziewczyny, opierając się o framugę drzwi.

Matylda? ^^

Od Matyldy

Wysiadłam z taksówki z sercem w pięści. Bałam się. Byłam daleko od domu i się bałam. Wszystko było nowe, każdy się tu znał a ja byłam nowa...Zapłaciłam taksówkarzowi i zabrałam walizki do budynku głównego. Jakiś wysoki typ podał mi klucz i zaprowadził do mojego pokoju. Był.. Duży. Miał ładne duże łóżko z ikei na samym środku. Było proste, rama stylizowana na stare meble i pościel w kwiatuszki.Wszystko było nie moje. Nie umiałam się dostosować. Na parapecie stały jakieś roślinki. Będę miała do kogo pogadać jak mnie nikt nie polubi. Poprawiłam żółte zasłony i rozpakowałam się z nadzieją na dobre jutro. Umyłam zęby i poszłam spać. W nocy padało. Była okropna pogoda. Usiadłam zmęczona na parapecie i parzyłam jak kolejne krople atakują ziemie. Było ciemno i cicho, jedyne co było słychać to deszcz. Wyciągnęłam telefon i zadzwoniłam.
-Halo?
-Hej mamo.. śpisz?
-Już nie.. Wszystko dobrze?-Była zmartwiona.
-Nie... tylko nie mogę spać, wiesz nowe miejsce
-Policz owce, to pomaga , masz kuchnię w pokoju może zagotuj mleka?
-Może, dziękuje, kocham cie -Wyszeptałam do słuchawki i się rozłączyłam. Nienawidziłam tego że teraz odnaleźli mój dar. Musiałam tu siedzieć. A najgorsze bywały sny. Potrafiłam śnić o moich poprzednich wcieleniach albo istocie którą byłam.
Jakimś cudem usnęłam. Obudził mnie dość głośny budzik. Jęknęłam i starałam się go wyłączyć. Jednak to nie był mój budzik, to ktoś w pokoju obok miał to narzędzie tortur. Podniosłam się wyszłam na korytarz. W moich krótkich spodenkach od pidżamy i koszulce która miała olbrzymią dziurę na boku podeszłam pod cudze drzwi i zapukałam .

<Witaj nieznajomy/a ?>

Matylda Victory



  • Imię i Nazwisko: Matylda Victory
  • Płeć: Kobieta
  • Przezwisko/ Ksywa: Mati , Tylka , Motyl
  • Wiek: 18
  • Data Urodzenia: 23 listopad
  • Orientacja: Homosexualna

Od Dylana C.D. Ariany

Kiedy Ariana wyszła z pokoju chwilę leżałem, myśląc nad tym, co właśnie się tutaj dzieje. Ona ma bóle, a mnie to samo uczucie wręcz paraliżuje. Jej reakcja. To było coś dziwnego, a ja nie jestem idiotą. Usiadłem, aby po dość długim czasie ogarniania się, wstałem i ruszyłem za nią. Nienawidzę niedopowiedzeń. Nie było jej w pokoju, w recepcji ktoś mi powiedział, że poszła w stronę stajni. Niedobrze. Bardzo niedobrze. Na zewnątrz złapał mnie ponownie ból w karku. Skup się Morgenster. Pochłoń ból, da ci siłę... w moim wnętrzu poszukałem jego. Te drugiego.
Znalazłem się w jego części. To tak jakby wejść za jakąś kurtynę w mojej podświadomości. To inna rzeczywistość, w której mogę go spotkać. Otaczała mnie pusta i ciemność, z której  wyłonił się o wiele wyższy ode mnie, potężny mężczyzna. Jego tęczówki są czarne, puste. Każdy by się go przestraszył, ale nie ja. Ja nic nie czułem.
- Witaj Dylanie.
- Pomóż mi.
- Oddaj się, pozwól mi do siebie dotrzeć. Jestem tylko twoją imaginacją, zlepkiem twoich wspomnień. Ból teraz przejdzie, jednak tylko kiedy wrócisz, wszystko przejdzie.
Otworzyłem oczy. Żadnego cierpiania, ukłócia czy czegokolwiek. Szybkiem krokiem ruszyłem do stajni. Zobaczyłem dziwną scenę, Ariana dałam trenerowi w twarz. Wymienili zdania, a we mnie się zagotowało.
- Dama prosiła, abyś ją zostawił, Blackwild - odparłem ostro. Nigdy nie byłem dobry w hamowaniu mojej złości.
- Morgenstern - odwrócił się i podszedł do mnie. Chodź bliżej. Kiedy był na wyciągnięcie ręki, złapałem go za gardło, przygwoździłem do belki, która była częścią konstrukcji stajni i powoli uniosłem go nad ziemię.
- Ostrzegałem cię ty podły skurwysynu - syknąłem cicho. - Znajdę cię kurwa, bez świadków, zniszczę, zmiażdżę. - puściłem go a on upadł i złapał się za miejsce, gdzie przed chwilą go trzymałem. Podszedłem do dziewczyny. Palce splotłem w kolebkę i pomogłem jej wsiąść. Dziwnie na mnie patrzyła... ale w tamtym momencie mnie to nie obchodziło, złapałem za uzdę i wyprowadziłem konia. Zatrzymałem się na zewnątrz, przytuliłem twarz do łba konia i delikatnie go głaskałem.
- Przepraszam - odparłem. - Czasem... nie panuję nad sobą. A w takich sytuacjach krew mnie zalewa. Myślałem, że June cię ostrzegła...
- Coś wspominała - powiedziała cicho. Spojrzałem na nią, patrzyła na mnie zdziwiona z szeroko otwartymi oczami.
- Bardzo spokojnego konia sobie wybrałaś, jeszcze nie widziałem, żeby kogoś nie posłuchał. Jakby tego nie było to w stajni są moje andaluzy, bardzo spokojne...
- Masz konie?
- Tak. Są takie piękne, że nie mógłbym bez nich żyć. Mam ulubionego anglika, ale on słucha tylko mnie, więc jakbyś chciała spróbować, to mi powiedz. Inaczej może się to skończyć nieprzyjemnym spotkaniem z ziemią. I nie chodź tu sama.
- Poradzę sobie.
- Proszę - spojrzałem jej w oczy. - Chociaż... do trzech razy sztuka, może wtedy spojrzysz na mnie i pomyślisz, że jestem inny.
- Wyjątkowy? - prychnęła.
- Nie. Nigdy nie uważałem się za wyjątkowego. Ale zawsze za innego. Niepasującego... nieważne. June pojechała pewnie wzdłuż ogrodzenia, bo to najdłuższa droga. Chyba, że pozwolisz mi coś sobie zaproponować.

Ariana?

Od Sony

Podróż była długa - zdecydowanie zbyt długa. Miałam taki jet lag, że jedyne, czego pragnęłam, to położyć się spać (albo zabić najbliżej stojącą osobę). 
- Ja pierdzielę. - jęknęłam, wchodząc do wnętrza akademii. Maggie, Rost i Lin podążyli za mną, rozglądając się wokół. Chyba nie wyobrażaliśmy sobie tej budy w ten sposób - Z jakich czasów pochodzi ten budynek? Z epoki kamienia? Dam głowę uciąć, że nie ma tu nawet pojedynczego komputera.
- I dlaczego jest tu tak dużo osób? - Maggie przewróciła oczami. W głównym holu panował taki tłok, że ledwo byłam w stanie dojrzeć recepcję, a i ludzie chyba zdawali się niezbyt przejmować faktem, że są ściśnięci jak sardynki w puszce.
- Dobra... - westchnęłam, szukając jakiegoś przejścia, wolnej ścieżki o przynajmniej pół metra szerokości, którą moglibyśmy jako-tato przedostać się do rejestracji - Musimy dostać się do tej pikolonej recepcji.
Wreszcie jakaś blondlaska raczyła odsunąć swój zadek na prawą stronę, a naszym oczom ukazało się w miarę szerokie przejście. Rzecz jasna, od razu skorzystaliśmy z tej szansy życia, i przecisnęliśmy się pomiędzy uczniami wprost do recepcji.
- Dobry. - przywitałam się z młodym brunetem, wyglądającym na całkiem ogarniętego faceta - Przybyliśmy do akademii... nasza czwórka. - dodałam, kiedy reszta mych przyjaciół przedarła się przez niekończące się warstwy uczniów - Wszystkie papiery są... tutaj. - mówiąc to, wyjęłam z mej podniszczonej już bardzo torby plik kartek.
- A więc... - zaczął recepcjonista uprzejmie, rozdzielając arkusze - ... ty jesteś pani... Sona Andrenyi, jak mniemam?
- Otóż to. - skinęłam głową.
- Dzielisz pokój z twoją koleżanką... - tutaj podał mi kluczyk - ... Maggie Arbuthnott, czy tak?
- Mhm... - Mag podeszła do biurka, ukazując się recepcjoniście - To ja.
Urok osobisty mej przyjaciółki zadziałał najwyraźniej na młodego chłopaka, gdyż patrzył na nią przez chwilę. Nie dało się nie zgodzić z faktem, że Maggie była bardzo ładną dziewczyną i podobała się wielu samcom.
- ... Dobrze. - zreflektował się recepcjonista, kiwając głową - Możecie iść. A wy, młodzi panowie, to, jak widzę, Rost Ohlsson i Lin Debenham?
Chłopacy dołączyli do nas chwilę po tym, jak odebrali swoje klucze. Nasze pokoje znajdowały się dość daleko od siebie, co niezbyt mi się spodobało, lecz ustaliliśmy od razu, że raz na jakiś czas możemy wszyscy u siebie nocować... o ile nie jest to zabronione w kodeksie - zresztą, z drugiej strony, zasady są po to, aby je łamać.
- Słuchaj, Mag, idę po herbatę. Jest tu w cholerę zimno. - zauważyłam, gdy częściowo się rozpakowałyśmy - Powinna być w stołówce.
- Okej, idź. - mruknęła dziewczyna, nie podnosząc wzroku znad lusterka, w którym poprawiała makijaż.
Trochę pobłądziłam (ta akademia wygląda jak jakiś, kurna, średniowieczny zamek), zanim dotarłam do celu, ale, ku mojemu szczęściu, na stołówce znajdował się stolik z pudełkami pełnymi torebek herbaty. Czajnik stał tuż obok, dlatego zrobienie napoju błogości nie zajęło mi dużo czasu. Wzięłam szklankę do ręki, kiedy telefon zabuczał - zapewne napisał do mnie któryś z chłopaków. Szłam więc, z nosem w ekranie, powolutku, by nie rozlać herbaty, i, jak to ja, wpadłam na kogoś. Gorąca zawartość szklaneczki wylała się na bluzkę nieszczęśnika, a ja natychmiast olałam wiadomość od Rosta i uniosłam wzrok.
- O, ch... - moje piękne, soczyste przekleństwo zostało wprawnie przerwane przez widok przede mną. Zdumiony (a i nieziemsko przystojny) chłopak patrzył na swoją koszulkę. To działo się zbyt szybko; tak, że zanim zdążył jakkolwiek zareagować, zreflektowałam się zupełnie.
- Wybacz, wybacz, wybacz! - powtarzałam, niczym w amoku, i jednym susem doskoczyłam do blatu, skąd wzięłam chusteczki - Moja wina, nie uważałam, o, kur*a, wybacz.
Chociaż przeklinanie, od którego byłam poniekąd nieszczęśliwie uzależniona, w obecności tego chłopaka było dość niezręczne, nie mogłam się powstrzymać. Z uśmiechem pełnym skruchy wcisnęłam mu chusteczki w dłoń, patrząc na niego przepraszająco.
- Jezu, wynagrodzę ci to, prze-pra-szam. - mimo, że już otwierał usta, by coś powiedzieć, nie dałam mu dojść do słowa - Fak no, nie bądź zły. - i tutaj wreszcie umilkłam.

Jon? xd 
Na Realm Ascent tak dobrze mi się z Tobą pisało, więc piszę i tutaj :D

Od Ariany CD Dylana

A więc jednak nie mam paranoi...mimo to muszę być w stu procentach pewna.
- Co to była za dziewczyna? - zapytałam
- Nie wiem. Kiedy się odwróciła, zniknąłem. Nie jestem bohaterem. W naszą stronę jechała policja, oni już jej nic nie mogli zrobić, więc nie wiedziałem potrzeby pozostania tam.
Nagle zaczęłam niekontrolowanie się trząść, jakby z zimna. W jednej chwili pochyliłam się do przodu i skryłam twarz w dłoniach. Po chwili poczułam ciepłe dłonie, zataczające kręgi na moich plecach. Jego dotyk był najbardziej znośny ze wszystkich, a kiedy już wiem, że to on mnie uratował...
- Hej mała, nie płacz. Co się stało?
Bez słowa objęłam go i oparłam czoło o jego tors, po chwili objął mnie ramionami.
Co Ty odwalasz Lightfire? W jednym momencie kolesia nie lubisz, a w drugim przytulacie się na jego łóżku? Co ty, prostytutką jesteś?
Gdy poczułam, jak zapadamy się w materac, poczułam ukłucie paniki. Głęboko oddychałam, serce waliło mi jak młot.
- Spokojnie. Przepraszam. Ten ból. Tylko kiedy leżę, jest do wytrzymania...
- Jak mam być spokojna, kiedy obcy koleś mnie przytula? - zaśmiałam się, próbując jakoś rozluźnić atmosferę.
- Nie ja zacząłem
Miał rację. Oswobodziłam się z jego ramion i usiadłam na skraju łóżka.
- Mam różne dziwne fazy czasami, zapomnijmy o sprawie.
Powoli kiwnął głową, i albo mi się wydawało, albo dostrzegłam w jego oczach cień smutku.
- Ale od dzisiaj żyjemy w zgodzie? - uśmiechnął się
- Tak...tylko gówniarze się obrażają, ta cała sytuacja była dziecinna, przepraszam.
I co teraz? Mam się przyznać, że to ja byłam tą dziewczyną? Jak w kiepskiej tragedii romantycznej? On się dowie, że Ją uratował i będą żyli razem długo i szczęśliwie? Nie.
Coś mnie przyciąga do tego chłopaka jak magnes...i to mnie przeraża.
Faceci...brzydzę się ich. A przecież nic mi nie zrobili, nieliczni na pewno zadają sobie pytanie: czy wyolbrzymiam? Może. A może w poprzednim życiu spotkało mnie coś o wiele gorszego, a podobna sytuacja uruchomiła moje lęki...i coś jeszcze.
***
Po całej akcji ewakuowałam się do swojego pokoju, ale tylko po sztyblety. Postanowiłam, że dołączę do June...dawno nie jeździłam konno, a i tak doszłam tylko do samodzielnego kłusu.
Weszłam do stajni, a moje nozdrza wypełnił cudowny, charakterystyczny zapach koni. Rozejrzałam się wokół. Ani żywej duszy człowieka. Podeszłam do pierwszego boksu, w którym znajdował się kary ogier.
- Prince - szepnęłam, odczytując tabliczkę.
Ledwo zdążyłam wyciągnąć rękę w kierunku konia, kiedy zaskoczył mnie męski głos.
- Piękny, prawda? Mógłbym dać ci się na nim przejechać. - ktoś położył dłoń na moim ramieniu.
Podskoczyłam jak rażona piorunem, odwróciłam się gwałtownie. Czerwonowłosy jegomość z tunelami w uszach uśmiechnął się do mnie, ale nie był to ten rodzaj uśmiechów, który mi się podobał.
- Jeździłaś już kiedyś?
- Dawno temu...kłusowałam.
- Obawiam się, że przed przejażdżką musisz sobie przypomnieć to i owo...ale to nie będzie problemem, jak mniemam. Antony Blackwild, tutejszy trener - ujął moją dłoń i musnął ją wargami.
- Wolałabym dołączyć do June...
- Obawiam się, że nie mogę puścić takiej damy samej...June wyjechała już ponad godzinę temu. Cóż to by była za strata, gdybyś się zgubiła lub spadła z konia, oj oj.
Pociągnął mnie za rękę i zaprowadził do siodlarni, gdzie dostałam parę prawie pasujących na mnie bryczesów. W sumie mogłam jeździć równie dobrze w swoich leginsach, ale Antony uparł się, bym się przebrała. Mogłabym przysiąc, że mimo obrócenia się, i tak na mnie zerkał. Nie podobała mi się ta cała sytuacja, ale już nie było odwrotu.
Podczas gdy szukałam kasku, osiodłał mi karą piękność. Włożyłam nogę w strzemię, ale kompletnie nie miałam siły, by wsiąść na siodło.
- Mógłby pan...
- Z przyjemnością- odparł szybko.
Myślałam, że przyniesie mi stołek, on jednak podszedł do mnie. Chciałam się obrócić i zaprotestować, ale niemal dosłownie przyszpilił mnie do konia. Czułam jego oddech na swojej skórze. Starałam się nie spanikować i oddychać spokojnie, posłusznie wsadziłam stopę w strzemię. Za moment poczułam jego łapy na swoich pośladkach...tego było za wiele. Nagle jakaś niewytłumaczalna siła wstąpiła we mnie, nawet nie wiedziałam, w którym momencie dałam mu w ryj.
- Co pan sobie wyobraża? Proszę mnie zostawić.  - powiedziałam chłodno i spokojnie.
Nikt nigdy mnie więcej nie dotknie, do cholery.
Mężczyzna jednak wydawał się kompletnie niezrażony moją reakcją..wręcz przeciwnie.
- Ostra. Lubię takie - uśmiechnął się szeroko i potarł czerwony ślad na policzku, robiąc krok w moją stronę.
- Dama prosiła, byś ją zostawił, Blackwild. - głos Dylla przeszył ciszę jak ostra brzytwa, dało się słyszeć ledwo maskowaną złość w jego głosie, którą tylko ja potrafiłam wyczuć.
A więc mój rycerz na białym koniu znów mnie ratuje?


[Dyll? XD]

Aleksy odchodzi


Aleksy Śniegocki 

Sona Andrenyi




  • Imię i Nazwisko: Sona Andrenyi
  • Płeć: Kobieta 
  • Przezwisko/ Ksywa: Od Sonki, przez Sonusię, aż po Słoninę.
  • Wiek: 21 lat
  • Data Urodzenia: 12 września
  • Orientacja: Heteroseksualna

Od Camryn C.D. Josha

Parsknęłam cichym śmiechem, lecz potwierdziłam jego słowa skinieniem głowy. Idąc przed siebie, z ciekawością przyglądałam się tym  zwierzętom. Każdy na swój sposób był piękny i miał w sobie pełno gracji. Piękne stworzenia. Nigdy jakoś specjalnie nie interesowałam się nimi jak i jazdą konną. Bardziej moja mama była maniaczką koni, dlatego moja rodzina często udzielała się charytatywnie.
Podeszłam do jednego z boksów. Tam stał piękny, kary arab, który przyglądał się mi. Stanęłam przy boksie, wyciągając dłoń w stronę stworzenia. Na mojej twarzy zagościł lekki uśmiech. Pogładziłam go po pysku niepewnie.
- Miałaś kiedyś styczność z tymi stworzeniami? – usłyszałam obok siebie głos Josha, który stał obok mnie, opierając się o belkę podtrzymującą konstrukcję stajni.
- Od dziecka. – westchnęłam. Sięgnęłam po jedno z jabłek, które leżały w koszu obok boksu. Koń szybko uporał się z jedzeniem. Parsknął cicho, domagając się więcej. – Ale jakoś specjalnie mnie nie interesowały.
- Rozumiem. – odparł, krzyżując ręce na klatce piersiowej.
- Człowiekowi ciężko jest narzucić coś, by się czymś narzuconym przez innych zainteresował. – stwierdziłam. Bardziej to brzmiało, jakbym mówiła sama do siebie. -  Ale właśnie taka zażartość powoduje, że każdy na swój sposób jest ciekawy. Każdy człowiek tworzy swoje wewnętrzne „ ja’’ i swoją osobowość. To jest właśnie piękne.
- Właśnie po to każdy ma wolną wolę, co nie? 
- No niby prawda. – wzruszyłam ramionami. Zaczęłam zastanawiać się nad pewnymi rzeczami. 
Odeszłam kilka kroków od boksów. Biorąc przykład z nowego znajomego, oparłam się również o belkę. Wbiłam wzrok  na swoje dłonie. Podciągnęłam rękawy cienkiej kurtki, a moim oczom ukazały się zabandażowane  dłonie. Westchnęłam cicho, gdy zauważyłam małą plamę krwi na jednym z bandaży na prawej dłoni. Muszę bardziej zadbać o tą dłoń.  Zaczęłam odwijać bandaż, aż można było zobaczyć skórę mojej dłoni. Znowu było widać przetarcia, z których zszedł strup. Za dużo treningów i gimnastyki. 
- Uhuhu, ale się chyba lubisz bić. – zaśmiał się mój towarzysz. 
Podniosłam głowę, by nawiązać kontakt wzrokowy z Joshem, który znowu poprawiał swoje kudły. 
- Ja się nie biję. 
- A moje biedne żebra to co, hm? 
- A to inna sprawa. – zaśmiałam się. 

< Josh? >

2017-03-17

Od Dylana C.D. Ariany

Obudził mnie ostry ból w karku. Czułem go tylko w jednym miejscu, ale miałem wrażenie jakby przeszywał mnie na wylot, niczym nóż wbity w plecy. Otworzyłem oczy, lecz nie poruszyłem się. To mogłoby spowodować tylko większy dyskomfort. Chcąc odciągnąć moje myśli i odczucia od fizycznego stanu mojego ciała, skupiłem się na oddechu i spróbowałem przypomnieć sobie wydarzenia sprzed zaśnięcia. Dopiero po chwili uzmysłowiłem sobie, że pokłóciłem się z June. Rzadko nam się to zdarza, ale wtedy byłem wściekły. Niepotrzebnie za mną szła. A później? No tak, wstrzyknąłem sobie środek przeciwbólowy, wydarłem się, że ma wyjść i powoli odpłynąłem. Nie miałem zielonego pojęcia czy zrobiła to co kazałem. Nagle poczułem, że coś leży na moich plecach, bo zaczęło się poprawiać. Z trudem obróciłem się na brzuch, a opierająca się na moich plecach dziewczyna momentalnie się zerwała.
- Ja… ja przepraszam, bo ja nie chciałam… - wstała i chciała odejść, kiedy złapałem ją za przegub.
- Uspokój się - odparłem. - Jąkasz się i gadasz głupoty, kiedy się stresujesz. A nie masz czego. Wszystko okey? Drżysz.
- W porządku - odparła bardzo niepewnym głosem.
- Na fotelu jest koc, jeśli ci zimno...
- Nie. Ja i tak się zbieram.
- Zostań proszę - odparłem nadal trzymając jej rękę. - Czuję, że to nie przez zimno drżysz, ale w tym momencie jestem kompletnie bezsilny i bezradny, co oznacza niegroźny.
- Teraz pewnie myślisz, że jestem dziwna.
- Nie - puściłem ją i zgarnął włosy do tyłu. - Podasz mi czarne pudełko z parapetu? Nie sięgnę, a o podniesieniu się to nie mam co marzyć - Ariana zrobiła to o co ją poprosiłem, otworzyłem skrzyneczkę i wziąłem jedną z tabletek, które stanowiły jej zawartość. - Widzisz to nasze doświadczenia czynią nas takimi czy innymi i to one robią z nas umysłowych starców, którzy są zmęczeni życiem - dziewczyna usiadła na skraju łóżka, a raczej przycupnęła jakby przygotowywała się do ucieczki. - Na przykład taka jedna dziewczyna. Przed przyjazdem tutaj wracałem po nocy do domu. Idę sobie spokojnie i słyszę krzyk. Nienawidzę takich sytuacji, ale przejście obok to tchórzostwo i skazanie dziewczyny. Jakiś czterech gości chciało się do niej dobrać. Wykastrowałbym takich bestialców. Pobiłem, oddałem jej kurtkę i się zwinąłem. I jestem przekonany, że trudno jej znieść pewnie nawet sam widok mężczyzny.
- Co to była za dziewczyna? - zapytała.
- Nie wiem. Kiedy się odwróciła zniknąłem. Nie jestem bohaterem. W naszą stronę jechała policja, oni już jej nic nie mogli zrobić, więc nie wiedziałem potrzeby pozostania tam - w jednej chwili Ariana pochyliła się do przodu i skryła twarz w dłonie. Z trudem usiadłem i zacząłem delikatnie pocierać jej plecy. - Hej mała, nie płacz. Co się stało - starałem się mówił najłagodniej jak potrafiłem. Tak naprawdę nie miałem pojęcia czy płacze, ale nie wiedziałem co jej powiedzieć. Po chwili dziewczyna obieła mnie tuż nad pasem i wtuliła twarz w mój tors, a ja okrążyłem ją ramionami. Dłońmi kojąco krążyłem po jej plecach. Poczułem kolejne ukłócie w karku. Powoli opuściłem się na łóżko, pociągając za sobą Arianę. Poczułem także, jak cała się napina. - Spokojnie. Przepraszam. Ten ból. Tylko kiedy leżę, jest do wytrzymania...

Ariana?

Od Bianki C.D. Olivier'a

Lekcje minęły mi dosyć szybko i gdy tylko ostatnia dobiegła końca, wyszłam szybko z klasy. Ani Olivier, ani Jon nie podążyli za mną, ponieważ nauczyciel kazał im zostać w sali, by w czymś tam pomogli. Miałam tylko cichą nadzieję, że się przy tym nie pozabijają. Przykro by mi było ominąć takie widowisko.
Będąc już u siebie w pokoju, poprawiłam włosy, spinając je od nowa w kucyk i adidasy zmieniłam na trapery, bardziej odpowiednie do pogody, która panowała na zewnątrz. Ze swojej sportowej torby wypakowałam zeszyt i długopisy, a wrzuciłam do niej napoczęta paczkę ciastek, z której co chwilę podjadałam oraz puszkę z karmą dla kotów. Wychodząc z budynku, zaszłam do stołówki, gdzie w rogu, w wielkim koszyku stały jabłka i niepostrzeżenie zgarnęłam kilka do torby z myślą o koniach. Przyzwyczaiłam je do smakołyków i teraz za każdym razem domagały się albo jedzenia, albo pieszczot, a ja nie miałam serca im tego odmawiać.
Popędziłam do stajni, gdzie od razu przywitało mnie radosne rżenie i po chwili także ciche miauczenie mojej małej, czarnej kotki.
- Nala - szepnęłam z uśmiechem, biorąc maleństwo na ręce, gdy wygrzebała się z leżącego pod ścianą siana. - Mam coś dla ciebie, maleńka.
Kotka jakby rozumiejąc moje słowa otarła się mokrym noskiem o mój policzek, przez co roześmiałam się, stawiając ją na ziemię. Z torby wyciągnęłam puszkę z jedzeniem dla kotów i nałożyłam go do małej miseczki, którą tutaj przyniosłam. Czarnulka powąchała jedzenie i niczym najbardziej wymagający krytyk, zaczęła powoli go próbować. Najwidoczniej jej posmakowało, gdyż po chwili z głośnym mruczeniem zaczęła już odważniej jeść, a ja z torbą wypełnioną jabłkami, zaczęłam chodzić między boksami, podkarmiając konie i gładząc je po wyciągniętych szyjach i miękkich chrapach.
- Nie za mocno je rozpieszczasz? - usłyszałam rozbawiony głos stajennego.
- W pełni na to zasługują - zapewniłam z szerokim uśmiechem starszego mężczyznę, wyciągając w jego stronę jabłko. - Dla ciebie też mam.
Rozbawiony, przyjął ode mnie owoc, a ja sięgnęłam do torby po jabłko dla mnie, wgryzając się w nie. Kiedy pierwszy raz zawitałam w stajni, także spotkałam tutaj Roberta, miłego starszego mężczyznę, który zajmował się końmi. Od razu kazał mi mówić do siebie po imieniu, a zabronił zwracania się do siebie per pan. Polubiłam go, jako jednego z nielicznych w tym ośrodku.
- Pewnie przyszłaś pojeździć? - zapytał, a gdy z entuzjazmem pokiwałam głową, roześmiał się cicho. - Osiodłam ci Arina.
Arin był temperamentnym ogierem, maści cremello i Robert zawsze wyśmiewał się, że rozumiem się z koniem dzięki tej samej 'maści'. Jego sierść, grzywa i ogon były dokładnie w odcieniu moich włosów. Jednak to nie za wygląd, a za charakter pokochałam ogiera. Na początku wiele razy mnie zrzucił, ale wreszcie udało mi się go złamać i teraz był dla mnie jednym z ulubionych koni.
- Sama się tym zajmę - zapewniłam, ponieważ uwielbiałam sama czyścić i siodłać konie. Uwielbiałam być blisko wszystkich zwierząt.
- Jak chcesz - zaśmiał się. - Wiesz, gdzie są siodła. Czuj się jak u siebie - dodał na odchodne, a ja z uśmiechem na ustach poszłam do składziku po siodło i cały sprzęt. Kiedy znów weszłam do stajni, zobaczyłam w niej Olivier'a i uniosłam brwi. Nie spodziewałam się go tutaj, tym bardziej, że na pewno nie wiedział, że może tu znaleźć mnie.
- Co tu robisz? - zapytałam głośno, przez co chłopak odwrócił się w moją stronę, zaskoczony czyjąś obecnością.
- Przyszedłem po konia - powiedział z sarkastycznym, tak charakterystycznym dla niego uśmiechem. - Jadę na przejażdżkę.
Uniosłam rozbawiona brew, kręcąc z niedowierzaniem głową.
- Ty? A jeździłeś już kiedyś? - zakpiłam.
Widziałam po wyrazie jego twarzy, że jest zbyt dumny, by się przyznać, że nie potrafi. Mogłam się jednak założyć, że nie jeździł i nie wie nawet, jak osiodłać konia.
- To chyba nie jest aż takie trudne? Poza tym, jutro mamy zajęcia z jazdy konnej i powinienem poćwiczyć - wytknął, idąc między boksami i zatrzymując się przy Arinie. - Może powinienem wybrać tego? Jesteście bliźniętami? - zażartował, nawiązując do maści konia.
- Zrzuciłby cię, zanim zdążyłbyś dobrze go dosiąść - zakpiłam. - Jeśli szukasz podobieństw, to Arin jest tak samo uparty jak ja - dodałam z wrednym uśmieszkiem. - Jeśli nie potrafisz jeździć, weź lepiej jakąś łagodną klaczkę - poradziłam, klepiąc po szyi kasztanowatą klacz. - Gina nada się znakomicie.
Olivier ocenił klacz wzrokiem, po czym skinął głową, posyłając mi rozbawione spojrzenie.
- A ty jedziesz ze mną? - zapytał, widząc osprzęt w moich dłoniach.
- Oczywiście - przytaknęłam. - Nie pozwoliłabym, by taki żółtodziób narażał konia swoim brakiem umiejętności - wytknęłam chytrze, nie dodając jednak, że nie zależy mi tylko na dobru klaczy, jego połamane kości także zbytnio by mnie nie cieszyły..

(Olivier?)

Od Josha C.D. Camryn

- Przejrzałaś mnie - prychnąłem. - Inni nazwaliby to wymuszoną na ludzkości zasadą pod tytułem "Kobiet się nie bije". Dodatkowo nie wyobrażam sobie mnie, łapiącego i wykręcającego ci rękę, żebyś mnie przypadkiem nie dotknęła. Jestem raczej pewny siebie i nie mam kompleksów...
- Pewny siebie i bez kompleksów? - uniosła brew.
- No okey, kiedyś wstydziłem się tej brązowej plamy, na tęczówce. Rozumiesz docinki, nabijanie się, że chory, że inny, że potwór... a kiedy kilka lat później okazało się, że mogę się podobać płci przeciwnej z nawet całkiem dużym powodzeniem, przestałem o tym myśleć w takiej kategorii.
- Podrywacz.
- Jaki tam podrywacz. Przecież ja bym nawet nie umiał - odparłem, a zanim Camryn zdarzyła odpowiedzieć, doszliśmy do stajni. Był to całkiem spory, zaskakująco pełen światła budynek, w którym po obu stronach od wejścia widniały zadbane boksy, a w nich konie.
- No nie powiem, całkiem przyjemnie.
- Co myślałaś, że to będzie kompletna masakra?
- Dokładnie - przyznała, rozglądając się.
- Aż tak głupi nie jestem, żeby zabierać kobiety w beznadziejne miejsca.
- Wszystkie te konie należą do akademii?
- Nie. Są uczniowie, którzy wspaniale jeżdżą i część z nich zabrała ze sobą swoje własne konie. Akademia posiada wyłącznie araby, chyba że ktoś wynajmuje dla niej konie. Ja osobiście koni nie posiadam, nie mam na ich pukncie świra, ale lubię na nie patrzeć. Tak, piękne bestie.
- Uważaj, bo się zakochasz - prychnęła.
- Nie prowokuj - puściłem jej oczko. - A tak całkowicie poważnie mówiąc, to nie masz o co się bać. Moje uczucia i pragnienia skłaniają się bardziej ku ludziom niż zwierzętom.

Camryn?

Od Camryn C.D.Josha

Przystanęłam na chwilę kroku, zostając w tyle zaraz z chłopakiem. Schyliłam się lekko, gdyż od śmiechu bolała mnie lekko przepona. Jednak zraz z powrotem powróciłam do pionu. Zaczesałam ręką włosy do tyłu oraz wytarłam łzę, która powoli spływała po moim policzku. Poczułam na sobie zdziwiony wzrok Josha. Czeka go długie oprowadzanie mnie po tym miejscu. Współczuję mu bardzo.
- Em, wszystko dobrze? – usłyszałam.
Mój wzrok padł na niego. Zaczęłam rozciągać mięśnie prawej ręki, która jakoś dziwnie była sztywna. Za długo trenowałam koszykówkę przez ostatnie kilka dni.
- Wybacz, musiałam się trochę ogarnąć. – zaśmiałam się. Ponownie zrównałam z nim krok, nadal machając prawą ręką.
- A tobie co jest, hm?
- Mięśnie ręki mam zesztywniałe od wykonywania dużej liczby wsadów. – wzruszyłam ramionami, rozglądając się dookoła.
- Grasz w koszykówkę?
- Tak, gram od dłuższego czasu.
- Zadziwiłaś mnie  tej chwili. – parsknął śmiechem.
- Niby dlaczego, hm? – uniosłam jedną brew, baczne go obserwując. – To nic złego uprawiać taki sport.
- Nie oto mi chodziło. – zaprzeczył. – Po prostu mnie zadziwiłaś i tyle.
- Ale na pewno coś sobie pomyślałeś? Wskazywała na to trochę twoja mimika twarzy.
- No bo wiesz… - uśmiechnął się cwaniacko pod nosem. On coś na pewno knuje. – Myślałem, że takie młode damy to tylko tańczą balet czy coś w ten deseń.
-He! – spiorunowałam go wzrokiem. – Ja i jakiekolwiek tańce?  Nigdy.
- A tu tak mnie zdziwiłaś tą koszykówką. – zaśmiał się.
Lekko podirytowana gromiłam go wzrokiem. Po chwili dałam mu kuksańca łokciem w żebra. Po raz drugi tego dnia, zgiął się w pół, łapiąc się za bolące miejsce. Zaśmiałam się tryumfalnie ze swojej wykonanej roboty.
- Ale ty jesteś… męski bokser. – spoglądał tak na mnie tym swoim urażonym wzrokiem.
- Było się ze mnie nie śmiać. – puściłam mu oczko, aby znowu iść przed siebie. – Idziemy do tej stajni?
- Ei, niedługo będziesz płaciła mi odszkodowanie za moje żebra. – dogonił mnie dość szybko. 
- Aż mnie jedno dziwi… - udałam zamyśloną. – Że taki facet jak ty, daję się bić dziewczynie… Jesteś mięczakiem!

< Josh? >

2017-03-16

Od June do Jon'a

Wyciągnęłam się na łóżku. Jak to możliwe, że mi, MI, nie chce się spać? Niemrawe, jak zwykle w tej części Anglii, słońce wpadło przez jedno z okien mojego pokoju, oblewając mnie przyjemnym ciepłem. Uśmiechnęłam się zadowolona i wtuliłam twarz w poduszkę. Właściwie to po co? Przecież i tak nie usnę. Przebudzona nigdy ponownie nie zatapiam się w obięciach Morfeusza. Niechętnie usiadłam po turecku na łóżku, aby się przeciągnąć i pp chwili skierować moje kroki ku łazience. Prysznic jeszcze bardziej mnie pobudził, jednak tu mojemu zaskoczeniu, nie spowodował głodu. Okręcona w ręcznik wyszłam z łazienki i stanęłam przed największym wyzwaniem. Co ja mam założyć? Co ja będę dziś robić? Spojrzałam na zegarek, stojący przy łóżku. Dość rano... nawet więcej niższe dość. Sięgnęłam do sportowe ubranie i po chwili szłam w krótkich spodenkach i luźnym, krótkim topie w stronę siłowni. Otworzyłam drzwi. Pusto. Jak miło, żadnym denerwujących ludzi. Skierowałam się w stronę nowiutkiej bieżni. Dlaczego nie biegam po dworze? Zimno, mokro, nierówno, można się zgubić itd. Dokładniej mówiąc nic ciekawego. A tutaj mogę sobie przyjść ubrana tak ja teraz i nie wyglądam jakbym ataku drgawek dostała. Po krótkiej rozgrzewce, włożyłam słuchawki i zaczęłam biec. Bieg to jedna z niewielu czynności, która mnie naprawdę oczyszcza. Wypłukuje ze mnie wszystkie emocje, pozwala się uwolnić od problemów.
Po jakimś czasie usłyszałam obok jakieś głosy i komentarze, do których się przyzwyczaiłam. Przez takich ograniczonych umysłowo ludzi, nie zamierzam ubierać się w golfy. Spojrzałam się obojętnym wzrokiem w tamtą stronę. Kilku typowym mięśniaków. Przekręciłam oczami i powróciłam wzrokiem, do okna przede mną i widoku jaki się za nim rozpościerał. Kroki. Zaczyna się robić średnio. Zdjęłam słuchawki i położyłam je razem z telefonem na pulpicie. Ktoś wszedł do pomieszczenia. Kolejny? Pięknie. Jeden, ten który już wcześniej zaczął się do mnie zbliżać, teraz bezczelnie podszedł i spróbował złapać mnie za tyłek. Zareagowałam natychmiast. Zeskoczyłam z bieżni i wykręciłam mu rękę.
- Teraz spróbuj mnie tknąć - syknęłam, a on jęczał z bólu, obróciłam go i dałam kopa. - Tylko któryś podejdzie, to wam kurwa chirurg nie pomoże.
Zawsze zaskakiwało mnie, że ludzie się na to łapią. Większość wyszła. Został jeden. Nawet przystojny blondyn, szczupły, ale niestety wysoki. Wysocy są najgorsi, bo ciężko im coś zrobić. Stał kilkanaście metrów ode mnie i się patrzył. Poprostu. Zastanawiałam się o co mu właściwie chodzi.
- Podziwiam - odparł po chwili.
- Co? - zapytałam krzyżując ramiona. Jakoś dziwnie pierwszy raz w życiu chciałam zakryć brzuch przed jakimś chłopakiem. Wzbudzał we mnie dziwne uczucie... czy ja się właśnie zaczynam rumienić?! Spokojnie i tak biegłam, więc nie będzie to wyglądać dziwacznie. Mam nadzieję.
- Tą twoją stanowczość i szybką reakcję - odparł.
- Cóż ćwiczę moje Diamentowe zdolności, szczególnie jeśli chodzi o prędkość. Uważam, że każdy powinien tak robić.
- W sumie to przedstawiłbym się i chętnie pobiegał obok, ale nie śpieszno mi do chirurga.
- Słowo się rzekło. Nie lubię mężczyzn wyższych ode mnie o głowę, silniejszych, blisko mnie, kiedy ich nie znam.
- Boisz się?
- Ja? - prychnąłam. - Absurd. Po prostu nie znajduję przyjemności w łamaniu kości innym Diamentowym.
- Więc moja propozycja odpada?
- Nie, ale tylko jeśli zdążysz za mną - odparłam wracając na bieżnię. - I ostrzegam, nie jestem prostą osobą. Szczególnie rano, przed kawą.

(Jon?)

Od Josha C.D. Camryn

Zgarnąłem włosy do tyłu.
- Staruszku, gdzie idziemy teraz?
- Z tobą nawet na koniec światła - zacząłem się śmiać, a po chwili ruszyłem. - A tak mniej więcej na lewo.
- Czyli dokąd? - zapytała, doganiając mnie.
- Do stadniny. Potrafisz jeździć? - zapytałem.
- Czy ja wyczuwam delikatne zainteresowanie moją osobą?
- Co? Nie... jestem zbyt wstydliwy, żeby pytać cię o twoje prywatne życie.
- W takim razie - odparła śmiejąc się, - odpowiedź brzmi, nie. A ty?
- Wolę inną jazdę - uśmiechnąłem się szeroko.
- Czyli? - spojrzałem na nią, a ona niemal natychmiast spojrzała w bok.
- Motocykle, ogromna szybkość, adrenalina, niebezpieczeństwo... - na dźwięk ostatniego słowa dotknąłem prawą dłonią, mojego lewego boku, tam gdzie mam tatuaż. Kątem oka zauważyłem, że dziewczyna przygląda mi się. - Mam tutaj tatuaż.
- Na tak, taki typ zawsze musi mieć tatuaż.
- Taki, czyli jaki?
- Zbuntowany podrywacz.
- Co?! - wybuchnąłem śmiechem. - No bez przesady z tym zbuntowanym - ona też zaczęła się śmiać.
- I jeszcze nabijasz się z każdego mojego słowa - skrzyżowała ramiona.
- Taka moja natura - puściłem jej oczko. - I naprawdę staram się być miły.
- Tylko starasz?
- Cóż żebym był taki serio miły, to muszę cię podobno poznać. Takie plotki chodzą - zaśmiała się słysząc to.
- Jesteś niemożliwy.
- Wspaniały, cudowny, boski, skromny - jej śmiech słychać pewnie było na kilkadziesiąt metrów.
- Przede wszystkim skromny.
- No oczywiście, to widać na pierwszy rzut oka. Tak jak mój wrodzony altruizm, rozsądek i szlachetność - dalej się śmiała. - A tak serio... to kiedyś, jeśli będzie jakieś kiedyś, to się zdziwisz.
- Czy ty właśnie proponujesz mi kolejne spotkania?
- Tak - odparłem.
- Cóż za szczerość.
- Zaskoczona?
- Trochę - przyznała.
- To dobrze - uśmiechnąłem się.

Camryn?

Od Olivier'a - C.D Bianka

    - Ja w sumie też muszę cię przeprosić. Ale wiesz... To trochę nie w moim stylu. - powiedziałem z ironicznym uśmieszkiem na twarzy. Bianka posłała mi lekko triumfalne spojrzenie, krzyżując ręce na piersi.
- Pff... Bez przeprosin nie ma wybaczenia. Żądam poważnych przeprosin. - nadęła się lekko, odwracając głowę, udawanie się obrażając. Zaśmiałem się cicho, kiedy do głowy przyszedł mi pewien pomysł. Skorzystałem z okazji, iż akurat nikt nie patrzył, i uklęknąłem przed dziewczyną, delikatnie ujmując jej dłoń.
- Bianko... Czy raczysz wybaczyć mi za moje grzechy i prostackie zachowanie? - zapytałem, całując jej dłoń. Jasnowłosa przyglądała mi się z ciekawością i rozbawieniem, oglądając paznokcie swojej drugiej ręki. Uśmiechnąłem się, widząc, że zdecydowanie poprawiłem jej humor.
- Hmm... No nie wiem... To taka trudna decyzja... - udawała, że się zastanawia.
- No, dalej... Czy te oczy mogą kłamać? - zrobiłem słodkie oczka, po czym zmysłowo poruszyłem brwiami, na co Bianka nieźle się roześmiała.
- Okej. Ale następnym razem będziesz musiał bardziej się postarać. - stwierdziła, po czym wstałem z zimnej posadzki i posłałem jej zaborcze spojrzenie. Dziewczyna patrzyła jednak w innym kierunku, przez co przeniosłem wzrok w tamtą stronę. Dostrzegłem Jon'a, który z obojętnością w oczach patrzył na jasnowłosą. Uniosłem lekko prawą brew, ale w sumie mnie to nie obchodziło, za to Bianka wydała się przejąć chłopakiem. On jednak tylko odwrócił się na pięcie i kompletnie zignorował moją obecność, co wyszło, jak dla mnie, na plus. Nim jednak któreś z nas zdążyło coś powiedzieć, usłyszeliśmy wezwanie na kolejną lekcję.
- Obraził się? - zapytałem, krzyżując ręce na piersi. W pewnej chwili po wypowiedzeniu tego zdania, zacząłem żałować, że je powiedziałem.
- Nie sądzę. Nie jest taki. - wzruszyła ramionami, co lekko mnie zdziwiło, ale ruszyłem za dziewczyną, kiedy poszła w kierunku klasy.
- Mam dotrzymywać ci towarzystwa? - spytałem z sarkastycznym uśmieszkiem na twarzy.
- Pff... Nie zasłużyłeś na moją obecność. - odparła, odwzajemniając gest. - Żartuję, siadaj, jak chcesz mieć na karku Jona. - dodała jasnowłosa siadając w środkowym rzędzie. Wzruszyłem ramionami, stwierdzając, że raz się żyje.

Bianka?

Od Nico CD Lyon'a

-W łóżku też jesteś szybki ? -Zapytałem z szerokim uśmiechem i puściłem mu znaczące oczko. Zakrztusił się jedzoną przez siebie sałatką.
Podniosłem się i mocno poklepałem po plecach.
-Nie uduś się bo nie wiem czy z twoją szybkością nie umrzesz zanim zdążę cokolwiek zrobić -Prychnąłem i położyłem mu lekko rękę na ramieniu.
-Oddycham, dzięki -Powiedział lekko czerwony na buzi.
-No to jak , moje pytanie jest krępujące co? Wybacz -Pokazałem mu idealny usmiech numer jeden .
-Nie , raczej musisz zapytać innych -Powiedział puszczając mi oczko.
-nie omieszkam -Usiadłem z powrotem i delektowałem się galaretką. Kolorowe boskie jedzenie. Uwielbiam wszystko co słodkie a więc co za tym idzie galaretki.
-A ty?
-Pytasz o moje zdolności łóżkowe ?
-Czemu nie , ty pytałes to moja kolej cię zawstydzić -Nabrał kaszy na widelec i wsadził do ust patrząc na mnie z uniesionymi brwiami.
-Nie wiem, zapytaj nikogo -Prychnąłem.
-Pfff nuuuuda
-No wybacz nie moja wina -Wzruszyłem ramionami lekko zaczerwieniony, jak tu się nie zawstydzić. No tak , powinienem się nie wstydzić. Dajesz nico nie ma co.
-Idziemy do mnie ? skoro zjadłeś co się da tutaj to może czas dać mi próbę ?-Zapytałem spokojnie i starałem się brzmieć neutralnie. No co , zaciągam przystojnego chłopaka do swojego pokoju poraz drugi.

<lyon xdd nie wkurz się xdd>

Od Ariany CD Dylana

Usłyszałam trzaskanie gdzieś w jednym z pokoi. Drzwi miałam dziwnym przypadkiem uchylone, doskonale więc to słyszałam.
Od razu moje myśli pobiegły z nieznanej przyczyny ku brunetowi. Zerwałam się z łóżka, na którym odprawiałam właśnie codzienny rytuał rozmyślania. Wyszłam na korytarz, bose stopy tłumiły odgłos kroków stawianych na marmurowej posadzce. Była cholernie zimna. Drzwi do pokoju Dylla także się otworzyły, serce zabiło mi szybciej.
- Co tu robisz? - z pokoju wyszła June.
Przez chwilę poczułam ukłucie zazdrości. Poważnie. Dopiero po chwili przypomniałam sobie, że przecież sama prosiłam ją o oddanie bluzy.
- Ja...e...właśnie szłam do łazienki.
- Przecież masz u siebie w pokoju.
Przyłapana.
- Tak, ona...ona...jest awaria. Muszę skorzystać z innej.
- Em...okej, wybieram się do stadniny, idziesz ze mną?
- Jestem trochę zmęczona...ale dzięki.
Dziwnie sie czułam, okłamując przyjaciółkę...ale przecież nie moge jej mówić wszystkiego, prawda?
June ewidentnie opóźniała swój chód, chcąc mnie sprawdzić...zapukałam do pokoju Dylla. O tej porze i tak nikogo innego nie ma w internacie. Nie usłyszałam żadnej odpowiedzi...milczenie oznacza zgodę. Weszłam do środka. Pokój wyglądał niemal identycznie jak mój, pomijając drobne szczegóły. Do jego łóżka prowadziły dwa stopnie, o które się mało nie zabiłam. Chłopak w najlepsze...spał. Zauważyłam na krześle bluzę...odruchowo po nią sięgnęłam z zamiarem złożenia i schowania do szafy. Nagle uderzył mnie słodki zapach poziomek...cholera, gdzieś już to czułam. Tamtej nocy w uliczce. Otworzyłam szafę, wisiało tam parę bluz i nowa, skórzana kurtka, która pachniała jeszcze fabryką. Kurtka w mojej szafie, a jego nowa, zapach poziomek...
Popadam w paranoję.
Zamknęłam szafę i już kierowałam się ku wyjściu, by móc udać, że nigdy mnie tu nie było. Coś jednak kazało mi wejść na stopnie i usiąść na skraju łóżka. Ciemnowłosy leżał na brzuchu z rozłożonymi ramionami, wyglądał bardzo spokojnie...jak anioł. Nie ślinił się obleśnie, jak inni chłopcy...ja śpię z lekko otwartymi ustami, ale to chyba nie taka tragedia, nie? Złapałam delikatnie za koniuszek koca, na którym leżał, i prowizorycznie go przykryłam. Coś zamruczał we śnie, przestraszyłam się na moment, ale później znow jego oddech sie wyrównał. Mnie budzi w nocy najlżejszy dźwięk...taki alarm przeciwwłamaniowy ze mnie.

[Dylan? Troche zeszło...aż dziesięć dni. Przepraszam kochanie ❤]

2017-03-13

Od Camryn C.D. Josha

Westchnęłam cicho pod nosem, kręcąc przecząco głową. Zapamiętać! Nie drążyć tematu, który związany jest z jego przeszłością. Jeszcze chłopaka urażę i nie będzie  chciał mieć ze mną nic do czynienia.
 Często tak jest, że zrażam do siebie nieświadomie ludzi, których bardzo krótko znam. Wszystko przez kilka słów, które nieprzemyślane powiem, albo przez moje nieodpowiednie zachowanie. Cóż, taka jest moja osoba. Zrąbany charakter i nastawienie do danej sytuacji, może zmienić wszystko w jednej chwili. Jak to się mówi, każdy człowiek ma swój urok.
Zabierając w ostatniej chwili swój telefon, poszłam w ślady chłopaka. Opuściłam pomieszczenie, zamykając drzwi na klucz, by żaden obcy człek, nie wszedł mi do środka. Kilka metrów dalej, Josh stał, wyczekując na mnie. Lekko tupał lewą nogą. Czy trochę go irytowało moje zachowanie? Oj. Przykro mi.
- Gdzie najpierw idziemy, panie przewodniku? – zapytałam, przystając obok niego.
- Co przykuło najbardziej twoją uwagę?
- Całe to miejsce przykuwa powagę. – odparłam, idąc obok niego. – Ale interesują mnie tereny, które rozpościerają się wokół tego miejsca.
- Czemu akurat miejsca na zewnątrz?
- Bo chcę poznać miejsca, gdzie mogę spokojnie pobiegać. – wzruszyłam ramionami. – Przecież wiecznie nie będę siedziała w jednym miejscu. To nudne.
- Dobre podejście. – zaśmiał się.
- Niby tak.
Pomiędzy nami panowała cisza. Jednak nie przeszkadzało mi to jakoś specjalnie. Wręcz przeciwnie.
- Czemu się nie odzywasz? – dziabnął mnie lekko w bok, zwracając na siebie moją uwagę.
- Czasem lepiej jest milczeć, niż rozmawiać o bezsensownych rzeczach. – odparłam. 
-  Znowu smutny widok. 
- Niby dlaczego smutny od razu, hm? 
- Cisza i spokój do ciebie kompletnie nie pasują. – puścił do mnie oczko. – A przecież jesteś energiczną dziewczyną. 
Chytry uśmieszek pojawił się na mojej twarzy. Teraz to ja dziabnęłam do w bok, na co lekko podskoczył w miejscu. Spojrzał na mnie lekko urażony. Świetnie umie udawać. 
- A to niby za co? – zapytał, krzyżując ręce na klacie. 
- Za życie i miłość do ojczyzny. – zaśmiałam się. 
Dość szybko znaleźliśmy się w głównym holu. Otworzyłam drzwi. Od razu, delikatny wiaterek owiał moją twarz, roztrzepując moje włosy na wszystkie strony. Jako to irytujące. Przeczesałam dłonią włosy, zagarniając je do tyłu. 
- Staruszku, gdzie idziemy teraz? 

< Josh? >

2017-03-12

Od Josha C.D. Camryn

- Nie wiem czy moje stare kości dadzą sobie radę z taką żywiołową młodą damą, jak ty.
- Dobrze - odwróciła się i szybkim krokiem podeszła do drzwi.
- No gdzie ty idziesz?!
- Pozwiedzać, ale ty lepiej idź do siebie. W twoim wieku nie powinno się narażać na wysiłek.
- Przecież ponownie się w zgubisz w maksymalnie pięć minut - prychnąłem.
- Czyżby? - skrzyżowała ramiona.
- Poznałem cię jako siedzącą na parapecie sierotkę, która nie miała pojęcia gdzie jest. Tak. Pięć minut.
- Sam jesteś sierota! - na te słowa przygryzłem wewnętrzną stronę policzka. Kurde, nigdy nie myślałem, że to tak zaboli. - Co zraniłam twoją męską dumę?
- Cóż... - powoli podszedłem do niej, aby zatrzymać się dosłownie kilka centymetrów od niej. Poczułem jej ciepło, patrzyła prosto w moje oczy, a ją nadal przygryzając policzek, zmarszczyłem brwi. Po jakimś czasie westchnąłem i zgarnąłem włosy do tyłu. - Rzadko to usłyszysz, ale masz rację.
- Nie obchodzi mnie twoja duma...
- Nie - przerwałem jej. - Jestem sierotą - już otworzyła usta, żeby dobić mnie jakimś ostrym żarcikiem, kiedy widocznie pojeła kontekst i zamknęła usta. - A teraz po tym fascynującym fakcie z mojego życia, chodźmy.
Wyszedłem z pokoju na korytarz, skręciłem w stronę głównego holu, jednak szybko zorientowałem się, że nie ma obok dziewczyny. Pewnie stoi tam jak wryta. Przekręciłem oczami, właśnie dlatego, nie lubię mówić o sobie. Wróciłem się, skrzyżowałem ramiona i oparłem się o futrynę drzwi. Dopiero po jakimś czasie dziewczyna odwróciła się w moją stronę, przy czym obięła się rękoma.
- Josh, ja...
- Powiedz to, a bez najmniejszych skrupułów uduszę cię poduszką - puściłem jej oczko. Po chwili powróciłem do poważniej i skupionej miny. - Po prostu tego nie drążmy, dobrze?
- Głupio mi.
- Bo jesteś głupia - prychnąłem. - Nie możesz nawet zrozumieć, że masz mnie nie przepraszać i mi nie współczuć.
- Dlaczego?
- Dlatego - przekręciłem oczami. - Nienawidzę jak ktoś się nade mną użala. Chodź bo się rozmyślę i cię tutaj zostawię na pastwę twojej kompletnej niewiedzy na temat tego oto miejsca. W skrócie ruszaj swój ładny tyłek, idziemy.
- Ładny?!
- Cóż jakbyś nie zauważyła, to spostrzegam to co chcę - zaśmiałem się. - Żartuję, jeszcze nie dążyłem ci się aż tak dobrze przyjrzeć. No chodź, bo korzenie zapuszczę.

Camryn?

Od Bianki C.D. Olivier'a

Kiedy tylko Jon odszedł od mnie, zobaczyłam, że zbliża się do Olivier'a i trąca go ramieniem. Tylko tyle wystarczyło, by oboje zaczęli się szarpać i popychać. Chciałam podejść do nich, zwracając im uwagę, jednak osłupiała stałam tylko w miejscu, obserwując całą sytuację z rosnącym niepokojem.
Nie doszło jednak do niczego poważniejszego, gdyż Jon wyszarpnął się z uścisku Olivier'a i odszedł, rzucając coś na odchodne. Brunet za to ruszył przez korytarz, odprowadzany ciekawskimi szeptami i spojrzeniami innych.
- Olivier! - krzyknęłam, wyrwana z osłupienia i ruszyłam za nim szybko. Mimo iż chłopak stawiał kroki długości moich dwóch, wreszcie dałam radę go doścignąć na schodach, łapiąc go za rękę, by go zatrzymać.
- Możesz powiedzieć swojemu chłopakowi, żeby się odwalił?  - powiedział, kiedy tylko zobaczył, że to ja.
Westchnęłam, mrużąc oczy i posyłając mu wściekłe spojrzenie. Jak oboje z Jonem mogli być tak uparci? I co sytuacja sprzed klasy miała oznaczać? Nie prosiłam Jona o wtrącanie się w moje sprawy, Olivier zresztą też nic do mnie nie miał. Nawet się dobrze nie znaliśmy.
- Mogłabym - warknęłam. - Tyle, że Jon nie jest moim chłopakiem.
Puściłam rękę Olivier'a i ruszyliśmy razem po schodach, przez chwilę milcząc. Najwyraźniej przetrawiał moje słowa, nie wiedząc, co o nich myśleć.
- Więc pocałunki i czułości względem 'nie-chłopaka' to dla ciebie codzienność? - zakpił, stając pod ścianą.
Spojrzałam na niego z furią w oczach. Może chciał mnie po prostu obrazić, a może naprawdę tak myślał; nie miałam pojęcia. Byłam za to pewna, że nie pozwolę mówić o sobie takich rzeczy, tym bardziej prosto w twarz. Nim zorientowałam się, co robię, moja dłoń uderzyła w jego policzek, zostawiając po sobie czerwony ślad i odbite palce.
- Jesteś bezczelny - syknęłam. - Nie zrobiłam ci nic, co usprawiedliwiałoby to, że tak się do mnie odnosisz. A jeśli już tak bardzo chcesz wiedzieć, to Jon jest przyjacielem. Jedynym, jakiego mam tutaj czy gdziekolwiek indziej. Traktuje mnie jak siostrę i nie widzę w jego zachowaniu niczego poza troską, sama zachowuję się tak względem niego i swej małej siostry. Więc nie udawaj, że wiesz o mnie cokolwiek, bo te kilka godzin zwiedzania ośrodka i miłych rozmów nie dały ci szansy mnie poznać w najmniejszym nawet stopniu - dokończyłam lodowatym tonem, obracając się na pięcie i odchodząc.
Nie miałam zamiaru słuchać już niczego, co Olivier miałby do powiedzenia. Byłam tak rozwścieczona, że końcówki moich palców pokryły się szronem, a skóra zrobiła się jeszcze chłodniejsza, niż zazwyczaj. Wypowiedź Olivier'a niewątpliwie miała mi dokuczyć i sugerować, że moje zachowanie względem Jona mogło oznaczać coś więcej i jest bardzo powszechne. Cierpliwie znosiłam opinię aroganckiej i nieczułej księżniczki, tak samo jak i inne uszczypliwości, ale wiedziałam, że to nic w porównaniu ze słowami, które usłyszałam od Olivier'a. Od niego oczekiwałam więcej.
- Bianka - usłyszałam głos Oliviera, nie odwróciłam się jednak. Po chwili chłopak wyprzedził mnie, zagradzając mi drogę.
- Puść mnie - warknęłam. - Spieszę się na zajęcia.
Kolejna lekcja tego dnia to zajęcia z Thomas'em Smith'em, najbardziej wymagającym nauczycielem. Nie zamierzałam się spóźnić. I tak ten mężczyzna dawał nam wycisk, czy to przy ćwiczeniu mocy, czy przy zajęciach fizycznych. Nie chciałam tego pogarszać.
- Ja też - zakpił. - Jednak tu stoję i czekam, aż ochłoniesz, żebyś nie opowiadała głupot.
- Ja, czy ty? - warknęłam. - To ty jesteś wredny, nie ja.
- Czyżby? - zaśmiał się. - A kto teraz nie daje mi dojść do słowa? Nie chciałem cię urazić...
- Ale to zrobiłeś - powiedziałam z wściekłością.
- Owszem - przyznał. - Pod wpływem nerwów, tak jak ty. Nie jestem raczej przyzwyczajony, by ktoś prosił się o bójkę ze mną bez powodu, zaraz po tym, gdy plastikowa dziewczyna denerwuje mnie przez całą lekcję - wytknął. - A w dodatku ten twój przyjaciel przez całą lekcję starał się wzbudzić we mnie zazdrość.
-  Nie mów, że mu się udało? - zakpiłam uszczypliwie, próbując go wyminąć.
- Kto teraz jest bezczelny? - zapytał, wpatrując się we mnie z uniesionymi brwiami.
Westchnęłam, czując się trochę winna, nie umniejszało to jednak mojego zdenerwowania.
- Przepraszam - powiedziałam cicho. - Za Jona i za uderzenie cię. Na resztę zasłużyłeś - dodałam.

(Olivier? ^^)

Od Camryn C.D. Josha

Z niedowierzaniem spoglądam na chłopaka, który w najlepsze się śmiał. Westchnąłem cicho i lekko się uśmiechnęłam. Ciekawa osobowość i charakter… Może życie w tym miejscu, nie będzie takie nudne, jak mi się wydawało.
Sięgnęłam po drugą poduszkę i rzuciłam w niego. Jest! Traf za sto punktów w twarz, osiągnięty sukcesem. Jego mina? Bezcenna. Uśmiechnęłam się słodziutko do jego osoby.
- O, nareszcie cicho jest. – zaśmiałam się. 
- To nie było miłe. – odrzucił poduszkę w moją stronę. Bez problemu ją złapałam, gdy miała wylądować na mojej twarzy. 
- Wybacz, staruszku. 
Położyłam poduszkę z powrotem na swoje miejsce.  Mijając mężczyznę, dziabnęłam go w bok. Zaskoczony, spiął się lekko. Uśmiechnęłam się pod nosem. Chodziłam ta po pomieszczeniu, zwiedzając każdy jego zakamarek. Nawet ładnie. 
- Nie jestem stary. – usłyszałam przy swoim uchu. Pisnęłam głośno, gdy poczułam ból po obu stronach brzucha. W ekspresowym tempie, odskoczyłam od niego.
- Naruszasz MOJĄ przestrzeń osobistą. – zauważyłam.
- Camryn, nie wiem o co ci chodzi.
- Nie udawaj niewiniątka, blondynie. – zaczęłam w stosie porozrzucanych ubrań, poszukiwać kluczy.
- Jesteś tu kilka minut, a już taki bałagan robisz.
- MÓJ pokój, MOJA przestrzeń i mogę robić co chcę. – zauważyłam. Wiele rzeczy wylądowało na ziemi. Co jakiś czas, przekleństwo wypłynęło z moich ust. Gdzie one są? Mam!
- Gdzie się wybierasz? 
- Gdzie ja posiałam fajki? – mruknęłam pod nosem, przeszukując kieszenie kurtki. Pusto. W drugiej torbie? Pusto. 
- Echem, Camryn? 
Znalazłam zapalniczkę. Na szczęście działała prawidłowo. Ale gdzie ta nowiutka paczka fajek?! 
- Ziemia do Camryn?! 
- Jest! – okrzyk radości wypełnił całe pomieszczenie. Schowałam fajki do kieszeni kurtki. Mój wzrok padł na Josha, który cały czas na mnie patrzał. – Co się stało? 
- Szkoda…
- Słów? – dokończyłam za niego. – Oprowadzisz mnie po terenach akademii, staruszku? 
< Josh? >

Od Josha C.D. Camryn

Dziewczyna wróciła do szperania w torbie, a ja ją dziubałem palcem w bok.
- No weź... wystarczy małe "Dziękuję mój najwspanialszy wybawicielu" - śmiałem się. Camryn z trudem udawała, że moje dziubanie i słowa całkowicie jej nie obchodzą. - Zgodzę się tylko na zamianę wyrażenia najwspanialszy, co zostawiam twojej wyobraźni.
- Mógłbyś...
- Nie - odparłem. - Tak naprawdę nie chcesz, żebym się zamknął, bo będzie tutaj wybitnie nudno, ponieważ podświadomie zdajesz sobie sprawę z tego, że lepsze moje irytujące paplanie, niż śmierć z nudów.
- I uważasz, że znowu mnie ratujesz? - zdziwiła się.
- Ty to powiedziałaś, ale miło, że tak uważasz - wyszczerzyłem się.
- Jesteś skrajnie głupi, irytujący i egocentruczny - rzuciła mi w twarz poduszką.
- A ty jesteś męskim bokserem i ci tego nie wypominam - zgarnąłem z twarzy włosy, które na nią opadły. Kiedyś miałem nawet iść do fryzjera, ale się przyzwyczaiłem, więc odłożyłem to na nieokreśloną przyszłość. - Tak poza, to nie jestem jedyną irytującą osobą w tym pokoju.
- Naprawdę chcesz mnie obrazić w MOIM pokoju?
- Obrazić? Nie! Powiedzieć prawdę, z największą radością.
- Lubisz wkurzać innych, co?
- Owszem. To swoistego rodzaju moje hobby, jednak mało kto je rozumie.
- I sądzisz, że ja tak?
- Uparta, dumna i inteligentna dziewczyna z ciebie. Zrozumiesz.
- Mhm.
- To komplement z mojej strony - dziubnąłem ją.
- Dobrze wiedzieć.
- Proszę nie...
- Co? - wyprostowała się, skrzyżowała ramiona i spojrzała na mnie.
- Nie okaż się zwykłą dziewczyną, której nie można powiedzieć prawdy, bo się obrazi.
- Prawda nie zawsze...
- Jest miła? Dobrze o tym wiem. Naprawdę wolałabyś, żebym ci powiedział, że jesteś najsłodszą i najbardziej uroczą dziewczyną jaką spotkałem i żebym zapytał, czy bolało jak spadłaśz nieba?
- Tandeta - powiedzieliśmy na raz.
- Ale prawdziwa.
- Czy ty mnie właśnie podrywasz?
- Ja? Przecież nawet bym nie umiał. O co ty mnie oskarżasz? - westchnąła. - Camryn?
- Czego?
- A nic... równouprawnienie mamy - wyszczerzyłem się.
- Idiota.
- I blondyn, i co z tego? - zaśmiałem się.

Camryn?

Od Olivier'a - C.D Bianki

     Obecność blondynki zaczynała z każdym zdaniem wypowiedzianym przez nią coraz bardziej irytować. Nie dość, że była głupia jak cegła to jeszcze śmiała się z moich iluzji na temat jej plastikowego wyglądu. Gorzej być nie mogło. W końcu przestałem zwracać uwagę na dziewczynę, która wyraźnie się nadęła i również milczała. Po chwili usłyszałem czyjś męski głos, a kiedy spojrzałem w tamtą stronę, dostrzegłem wysokiego blondyna, który z uśmiechem zmierzał w stronę ławki Bianki.
- Dzień dobry i przepraszam za spóźnienie - jasnowłosa wyraźnie się ucieszyła, co zdążyłem zauważyć po jej uśmiechu. Kim, do cholery był ten gość? Zmrużyłem brwi, starając się nie zaprzątać sobie tym głowy. W końcu Bianka była tu dłużej i nie musiała rezygnować z innych znajomości tylko dlatego, że ja się tu pojawiłem.
- W kogo się tak wpatrujesz, hmm...? - zapytała blondynka, kładąc rękę na moim ramieniu. Spojrzałem lekko zażenowany najpierw na swoje ramię, a potem na dziewczynę.
- Aktualnie? Na ciebie. Istnieje coś takiego, jak przestrzeń osobista. - odburknąłem, przewracając oczyma. Hayden zaśmiała się jakby na siłę, po czym odsunęła się i zaczęła we mnie po raz kolejny wpatrywać.
- Ale jesteś niedostępny. To ona tak zawraca ci głowę? - oparła się na ręce, nadal patrząc na mnie z rozbawieniem. Widocznie zauważyła, że co chwilę obserwuję Biankę. Nie mogłem się jednak powstrzymać, aby uciec wzrokiem, gdy jasnowłosa się odwróciła, patrząc wprost na mnie. Kiedy jednak blondyn objął, a następnie pocałował Biankę, nie potrafiłem powstrzymać zazdrości. 
    Zacząłem zastanawiać się, dlaczego ona tak na mnie działa, mimo, iż prawie jej nie znam. Nigdy nie czułem się tak, jak teraz. Zwykle, kiedy czułem coś do dziewczyny, było to pożądanie, a nie chęć zabicia każdego, kto ją chociażby dotknie jednym palcem. Po dzwonku od razu wyparowałem z klasy jako pierwszy, mimo iż miałem do pokonania najdłuższą drogę z ławki do drzwi. Nie obejrzałem się nawet na jasnowłosą. Gdy wystarczająco ochłonąłem i zwolniłem kroku, poczułem jak ktoś trąca mnie jednym ramieniem. Był to ten sam blondyn, który siedział z Bianką.
- Może raczyłbyś uważać, gdzie do cholery chodzisz? - warknąłem, ciągnąc go za koszulkę. On natychmiast się odwrócił i z zadziwiająco spokojną miną do mnie podszedł. Był ode mnie niewiele wyższy, jednak nie czułem się przez to gorszy.
- Nie radzę ci ze mną zadzierać. - odparł ze stoickim spokojem, ale również lekką grozą. Prychnąłem tylko na to, przez co on chwycił mnie za koszulkę. Natychmiast się wyrwałem i przygwoździłem go do ściany.
- Bo co? Pobijesz mnie? - syknąłem w jego stronę, korzystając z okazji, że jeszcze nie wyrwał się spod mojego ucisku i przyciskając go mocniej.
- Jeżeli nadal masz zamiar bawić się Bianką, owszem. Wybiję ci wszystkie zęby. Po kolei. - warknął, wiercąc się, aż w końcu wyrwawszy się, poprawił swoją koszulkę i odszedł. Lekko zażenowany spojrzałem w stronę klasy, z której niektóre dziewczyny przyglądały mi się w zaciekawieniu. W tym blondynka i jej koleżanki, oraz Bianka, którą dostrzegłem na końcu. Przewróciłem oczyma i odszedłem szybkim krokiem. 
     Za sobą usłyszałem jakieś głosy, ale nie zwracałem na nie uwagi. Któryś z nich chyba wołał moje imię, lecz ja byłem już daleko. W końcu czyjaś dłoń zatrzymała mnie i pociągnęła w tył, zanim zszedłem po schodach. Odwróciłem się, wyraźnie zdenerwowany i dostrzegłem, że za mną stoi Bianka.
- Możesz powiedzieć swojemu chłopakowi, żeby się odwalił? - burknąłem, zanim dziewczyna zdążyła coś powiedzieć.

Bianka? 

Od Camryn C.D. Josha

Jakby to ładnie ująć… olałam na moment swojego towarzysza, by poszukać pomieszczenia, który miał być moim nowym lokum. A drzwi na korytarzu trochę było. W pewnym momencie spojrzałam za siebie. Josh odcięty od świata zewnętrznego, szedł powoli. Skupienie wymalowane było na jego twarzy. Wychodziło na to, że myślał nad czymś.  Jeszcze przez własne nogi się przewróci. Jak z dzieckiem.
Stanęłam na jego drodze. Myślałam, że mnie zauważy i się zatrzyma, jednak było inaczej. Wpadł na mnie, ale jednak otrząsnął się i wrócił do rzeczywistości. Wbiłam mu kilka razy palec w jego klatę.
- W końcu wróciłeś. – westchnęłam, cofając się o kilka kroków w tył.
- Gdzie wróciłem? – uniósł jedną brew. Ręką zagarnął lekko przydługie włosy do tyłu. Trzasnęłam sobie otwartą dłonią w czoło.
- Bardzo zamyślony byłeś.
- Umiesz tylko błędy człowiekowi wytykać. – zaśmiał się. 
- To nie ja potykam się o własne nogi. 
Numer, który widniał na drzwiach, zgadzał się z tym na kluczu. Nareszcie znalazłam odpowiednie drzwi. Włożyłam klucz w zamek. Po chwili do moich uszu dotarł zgrzyt, oznaczający otwarcie zamka. Niepewnie otworzyłam drzwi. Z ciekawością zajrzałam do pokoju. Nawet w tym pomieszczeniu było widać przepych, który był w całym budynku. Stojąc tutaj, czułam się jak w innej epoce. Niesamowite, chodź trochę przesadzony wystrój. Ale co zrobić, najważniejsze, że jest gdzie spać. 
Znowu do moich uszu dobiegł cichy śmiech. Nie przejęłam się nim zbytnio. Klucze jak i torbę, rzuciłam niedbale na łóżko. Podeszłam do okna, zza którego roztaczał się nawet ładny widok. Jednak przygoda z tym miejscem, może być nawet ciekawa. 
- Musisz tak rżeć. – zaśmiałam się, przyglądając mu się kątem oka. 
- Przecież mam ładny głos jak i śmiech. – zauważył, kładąc druga torbę na łóżku. 
- Jakie to… 
- Irytujące? – dokończył. 
- Czytasz mi w myślach, hm?
- Nie mam niestety takich zdolności. – wzruszył ramionami. – Ale czasem do przewidzenia jest to, co chcesz powiedzieć.
- Jestem tak bardzo przewidywalna?
- Z niektórymi rzeczami tak.
- Spokojnie, staruszku. – poklepałam go lekko po ramieniu, gdy podeszłam do łóżka. Zaczęłam przeszukiwać torbę w poszukiwaniu odpowiednich ciuchów. Czas się rozejrzeć na zewnątrz. Nigdy nie jest za późno na bieganie. – Możesz już iść.
- A gdzie małe, dziękuję?
Wyprostowałam się i spojrzałam na niego. Chytry uśmieszek nie schodził mi z twarzy.
- Hmm… - udałam zamyśloną. – Bardzo daleko. 

< Josh? >