- Masz ubaw ze mnie, co? – zapytałam, zamykając z trzaskiem szafę.
Rzuciłam torbę na łóżku. Zaraz potem zaczęłam układać resztę swoich ubrań i innych osobistych rzeczy. Stwierdzając, że już koniec, położyłam się obok zwierzęcia. Mój kochany towarzysz.
- Zajmujesz całe łóżko. – zaśmiałam się, gładząc go po łbie. Jego głowa wylądowała na moim brzuchu. – Będę za tobą tęsknić, wielkoludzie.
Po szybkie spływały pojedyncze krople wody. Rozmazywały obraz, który rozcierał się za szybą pojazdu. Szkoła do której skazana jestem się udać, znajduje się na kompletnym odludziu. Może nie będzie tak źle?
Ale ty wiesz, że moje serce jest tylko twoje
Dziś znamy się jak łyse konie, widzisz ironię?
Słowa jednej z piosenek, docierały do mnie. Wyjeżdżając do tej szkoły, musiałam zakończyć niektóre znajomości, które są dla mnie już przeszłością. Jednak żałuję, że nie mogę wieść normalnego życia, jak do tej pory. Moja gadanina nic nie dała. Zmuszono mnie do tego wyjazdy, pod pretekstem mojego dobra. Takie życie, Cam.
Westchnęłam lekko, gdy samochód zatrzymał się przed wielkim budynkiem, który jakby zatrzymał się w czasie. Perełka epoki wiktoriańskiej. No no… może być ciekawie. Wyprostowałam się an siedzeniu, gdy pojazd stanął przed wielkimi drzwiami. Mama zaczęła trajkotać o jakiś wspomnieniach, zaś ojciec jedynie pokiwał twierdząco głową. Czasem nie wierzyłam, że oni są już tak długo małżeństwem. Przecież to dwa przeciwieństwa…
- Camryn i jak się podoba budynek szkoły? – spojrzała na mnie. Iskierki w jej oczach były widoczne.
- Mamo, spokojnie… - westchnęłam, zakładając słuchawki na szyję. – Nie ocenia się książki po okładce.
- Uśmiechnij się, skarbie. – odparł spokojnie ojciec, wysiadając z auta. Poszłam w jego ślady, opierając się o karoserię samochodu. Skrzyżowałam ręce na piersi.
- Nie prosiłam o to, byście mnie tu zapisywali. Nie chciałam tego, rozumiesz!
- Już o tym rozmawialiśmy. – skarcił mnie swoim zimnych wzrokiem.
- Tato, ale…
- Camryn, koniec!
Wzdrygnęłam się. Taki chłodny względem mnie. Czasem, aż się go bałam. Westchnęłam cicho, by po chwili wyrwać ojcu dwie torby z moimi rzeczami.
- Jedźcie już sobie! Mam was dość! – warknęłam. Nie zareagowałam już na wołanie mojej matki. Nie chciałam już ich tego dnia widzieć. Trzeba odpocząć od nich.
Otworzyłam niepewnie drzwi starego budynku. Moje pewność siebie zniknęła, gdy za mną zamknęły się drzwi. Rozejrzałam się po wielkim, mrocznym holu głównym. Ciarki przeszły po moim ciele. O Cholercia… Czasem trzeba trzymać język za zębami… Tu się można zgubić.
Westchnęłam ciężko. Torbę sportową, przewiesiłam przez ramię, drugą chwyciłam w rękę. Na uszy ponownie założyłam słuchawki. Muzyka ponownie zaczęła docierać do mnie, odcinając mnie od świata zewnętrznego. Trzeba sobie poradzić samej. Jestem samowystarczalna.
Szybko znudziło mnie to chodzenie. Na jednym z korytarzy, rozsiadłam się wygodnie na szerokim parapecie wielkiego, starego okna.
Dostałem to lecz dziś myślę, że nie to się liczy
Nie to się liczy, tak pod koniec dnia
Zapatrzyłam się w widok, który rozpościerał się za oknem. Dzisiejszy dzień był pochmurny, szary. Idealnie odzwierciedla mój humor, który nie był za dobry. W pewnej chwili poczułam lekkie puknięcie w ramię. Zaskoczona podskoczyłam na miejscu. Łokciem silnie uderzyłam w żebra obcego osobnika. Zeskoczyłam z parapetu. Ponownie zsunęłam słuchawki na szyję. Zaśmiałam się pod nosem, gdy zauważyłam jakiegoś mężczyznę, który trzymał się za prawą stronę klatki piersiowej. Oi...
- I dlatego nie warto straszyć kobiet. - zaśmiałam się , krzyżując ręce na klatce piersiowej. - Wszystko dobrze, stary?
< Josh? >
Westchnęłam ciężko. Torbę sportową, przewiesiłam przez ramię, drugą chwyciłam w rękę. Na uszy ponownie założyłam słuchawki. Muzyka ponownie zaczęła docierać do mnie, odcinając mnie od świata zewnętrznego. Trzeba sobie poradzić samej. Jestem samowystarczalna.
Szybko znudziło mnie to chodzenie. Na jednym z korytarzy, rozsiadłam się wygodnie na szerokim parapecie wielkiego, starego okna.
Dostałem to lecz dziś myślę, że nie to się liczy
Nie to się liczy, tak pod koniec dnia
Zapatrzyłam się w widok, który rozpościerał się za oknem. Dzisiejszy dzień był pochmurny, szary. Idealnie odzwierciedla mój humor, który nie był za dobry. W pewnej chwili poczułam lekkie puknięcie w ramię. Zaskoczona podskoczyłam na miejscu. Łokciem silnie uderzyłam w żebra obcego osobnika. Zeskoczyłam z parapetu. Ponownie zsunęłam słuchawki na szyję. Zaśmiałam się pod nosem, gdy zauważyłam jakiegoś mężczyznę, który trzymał się za prawą stronę klatki piersiowej. Oi...
- I dlatego nie warto straszyć kobiet. - zaśmiałam się , krzyżując ręce na klatce piersiowej. - Wszystko dobrze, stary?
< Josh? >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz