2017-03-18

Od Dylana C.D. Ariany

Kiedy Ariana wyszła z pokoju chwilę leżałem, myśląc nad tym, co właśnie się tutaj dzieje. Ona ma bóle, a mnie to samo uczucie wręcz paraliżuje. Jej reakcja. To było coś dziwnego, a ja nie jestem idiotą. Usiadłem, aby po dość długim czasie ogarniania się, wstałem i ruszyłem za nią. Nienawidzę niedopowiedzeń. Nie było jej w pokoju, w recepcji ktoś mi powiedział, że poszła w stronę stajni. Niedobrze. Bardzo niedobrze. Na zewnątrz złapał mnie ponownie ból w karku. Skup się Morgenster. Pochłoń ból, da ci siłę... w moim wnętrzu poszukałem jego. Te drugiego.
Znalazłem się w jego części. To tak jakby wejść za jakąś kurtynę w mojej podświadomości. To inna rzeczywistość, w której mogę go spotkać. Otaczała mnie pusta i ciemność, z której  wyłonił się o wiele wyższy ode mnie, potężny mężczyzna. Jego tęczówki są czarne, puste. Każdy by się go przestraszył, ale nie ja. Ja nic nie czułem.
- Witaj Dylanie.
- Pomóż mi.
- Oddaj się, pozwól mi do siebie dotrzeć. Jestem tylko twoją imaginacją, zlepkiem twoich wspomnień. Ból teraz przejdzie, jednak tylko kiedy wrócisz, wszystko przejdzie.
Otworzyłem oczy. Żadnego cierpiania, ukłócia czy czegokolwiek. Szybkiem krokiem ruszyłem do stajni. Zobaczyłem dziwną scenę, Ariana dałam trenerowi w twarz. Wymienili zdania, a we mnie się zagotowało.
- Dama prosiła, abyś ją zostawił, Blackwild - odparłem ostro. Nigdy nie byłem dobry w hamowaniu mojej złości.
- Morgenstern - odwrócił się i podszedł do mnie. Chodź bliżej. Kiedy był na wyciągnięcie ręki, złapałem go za gardło, przygwoździłem do belki, która była częścią konstrukcji stajni i powoli uniosłem go nad ziemię.
- Ostrzegałem cię ty podły skurwysynu - syknąłem cicho. - Znajdę cię kurwa, bez świadków, zniszczę, zmiażdżę. - puściłem go a on upadł i złapał się za miejsce, gdzie przed chwilą go trzymałem. Podszedłem do dziewczyny. Palce splotłem w kolebkę i pomogłem jej wsiąść. Dziwnie na mnie patrzyła... ale w tamtym momencie mnie to nie obchodziło, złapałem za uzdę i wyprowadziłem konia. Zatrzymałem się na zewnątrz, przytuliłem twarz do łba konia i delikatnie go głaskałem.
- Przepraszam - odparłem. - Czasem... nie panuję nad sobą. A w takich sytuacjach krew mnie zalewa. Myślałem, że June cię ostrzegła...
- Coś wspominała - powiedziała cicho. Spojrzałem na nią, patrzyła na mnie zdziwiona z szeroko otwartymi oczami.
- Bardzo spokojnego konia sobie wybrałaś, jeszcze nie widziałem, żeby kogoś nie posłuchał. Jakby tego nie było to w stajni są moje andaluzy, bardzo spokojne...
- Masz konie?
- Tak. Są takie piękne, że nie mógłbym bez nich żyć. Mam ulubionego anglika, ale on słucha tylko mnie, więc jakbyś chciała spróbować, to mi powiedz. Inaczej może się to skończyć nieprzyjemnym spotkaniem z ziemią. I nie chodź tu sama.
- Poradzę sobie.
- Proszę - spojrzałem jej w oczy. - Chociaż... do trzech razy sztuka, może wtedy spojrzysz na mnie i pomyślisz, że jestem inny.
- Wyjątkowy? - prychnęła.
- Nie. Nigdy nie uważałem się za wyjątkowego. Ale zawsze za innego. Niepasującego... nieważne. June pojechała pewnie wzdłuż ogrodzenia, bo to najdłuższa droga. Chyba, że pozwolisz mi coś sobie zaproponować.

Ariana?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz