2017-03-17

Od Bianki C.D. Olivier'a

Lekcje minęły mi dosyć szybko i gdy tylko ostatnia dobiegła końca, wyszłam szybko z klasy. Ani Olivier, ani Jon nie podążyli za mną, ponieważ nauczyciel kazał im zostać w sali, by w czymś tam pomogli. Miałam tylko cichą nadzieję, że się przy tym nie pozabijają. Przykro by mi było ominąć takie widowisko.
Będąc już u siebie w pokoju, poprawiłam włosy, spinając je od nowa w kucyk i adidasy zmieniłam na trapery, bardziej odpowiednie do pogody, która panowała na zewnątrz. Ze swojej sportowej torby wypakowałam zeszyt i długopisy, a wrzuciłam do niej napoczęta paczkę ciastek, z której co chwilę podjadałam oraz puszkę z karmą dla kotów. Wychodząc z budynku, zaszłam do stołówki, gdzie w rogu, w wielkim koszyku stały jabłka i niepostrzeżenie zgarnęłam kilka do torby z myślą o koniach. Przyzwyczaiłam je do smakołyków i teraz za każdym razem domagały się albo jedzenia, albo pieszczot, a ja nie miałam serca im tego odmawiać.
Popędziłam do stajni, gdzie od razu przywitało mnie radosne rżenie i po chwili także ciche miauczenie mojej małej, czarnej kotki.
- Nala - szepnęłam z uśmiechem, biorąc maleństwo na ręce, gdy wygrzebała się z leżącego pod ścianą siana. - Mam coś dla ciebie, maleńka.
Kotka jakby rozumiejąc moje słowa otarła się mokrym noskiem o mój policzek, przez co roześmiałam się, stawiając ją na ziemię. Z torby wyciągnęłam puszkę z jedzeniem dla kotów i nałożyłam go do małej miseczki, którą tutaj przyniosłam. Czarnulka powąchała jedzenie i niczym najbardziej wymagający krytyk, zaczęła powoli go próbować. Najwidoczniej jej posmakowało, gdyż po chwili z głośnym mruczeniem zaczęła już odważniej jeść, a ja z torbą wypełnioną jabłkami, zaczęłam chodzić między boksami, podkarmiając konie i gładząc je po wyciągniętych szyjach i miękkich chrapach.
- Nie za mocno je rozpieszczasz? - usłyszałam rozbawiony głos stajennego.
- W pełni na to zasługują - zapewniłam z szerokim uśmiechem starszego mężczyznę, wyciągając w jego stronę jabłko. - Dla ciebie też mam.
Rozbawiony, przyjął ode mnie owoc, a ja sięgnęłam do torby po jabłko dla mnie, wgryzając się w nie. Kiedy pierwszy raz zawitałam w stajni, także spotkałam tutaj Roberta, miłego starszego mężczyznę, który zajmował się końmi. Od razu kazał mi mówić do siebie po imieniu, a zabronił zwracania się do siebie per pan. Polubiłam go, jako jednego z nielicznych w tym ośrodku.
- Pewnie przyszłaś pojeździć? - zapytał, a gdy z entuzjazmem pokiwałam głową, roześmiał się cicho. - Osiodłam ci Arina.
Arin był temperamentnym ogierem, maści cremello i Robert zawsze wyśmiewał się, że rozumiem się z koniem dzięki tej samej 'maści'. Jego sierść, grzywa i ogon były dokładnie w odcieniu moich włosów. Jednak to nie za wygląd, a za charakter pokochałam ogiera. Na początku wiele razy mnie zrzucił, ale wreszcie udało mi się go złamać i teraz był dla mnie jednym z ulubionych koni.
- Sama się tym zajmę - zapewniłam, ponieważ uwielbiałam sama czyścić i siodłać konie. Uwielbiałam być blisko wszystkich zwierząt.
- Jak chcesz - zaśmiał się. - Wiesz, gdzie są siodła. Czuj się jak u siebie - dodał na odchodne, a ja z uśmiechem na ustach poszłam do składziku po siodło i cały sprzęt. Kiedy znów weszłam do stajni, zobaczyłam w niej Olivier'a i uniosłam brwi. Nie spodziewałam się go tutaj, tym bardziej, że na pewno nie wiedział, że może tu znaleźć mnie.
- Co tu robisz? - zapytałam głośno, przez co chłopak odwrócił się w moją stronę, zaskoczony czyjąś obecnością.
- Przyszedłem po konia - powiedział z sarkastycznym, tak charakterystycznym dla niego uśmiechem. - Jadę na przejażdżkę.
Uniosłam rozbawiona brew, kręcąc z niedowierzaniem głową.
- Ty? A jeździłeś już kiedyś? - zakpiłam.
Widziałam po wyrazie jego twarzy, że jest zbyt dumny, by się przyznać, że nie potrafi. Mogłam się jednak założyć, że nie jeździł i nie wie nawet, jak osiodłać konia.
- To chyba nie jest aż takie trudne? Poza tym, jutro mamy zajęcia z jazdy konnej i powinienem poćwiczyć - wytknął, idąc między boksami i zatrzymując się przy Arinie. - Może powinienem wybrać tego? Jesteście bliźniętami? - zażartował, nawiązując do maści konia.
- Zrzuciłby cię, zanim zdążyłbyś dobrze go dosiąść - zakpiłam. - Jeśli szukasz podobieństw, to Arin jest tak samo uparty jak ja - dodałam z wrednym uśmieszkiem. - Jeśli nie potrafisz jeździć, weź lepiej jakąś łagodną klaczkę - poradziłam, klepiąc po szyi kasztanowatą klacz. - Gina nada się znakomicie.
Olivier ocenił klacz wzrokiem, po czym skinął głową, posyłając mi rozbawione spojrzenie.
- A ty jedziesz ze mną? - zapytał, widząc osprzęt w moich dłoniach.
- Oczywiście - przytaknęłam. - Nie pozwoliłabym, by taki żółtodziób narażał konia swoim brakiem umiejętności - wytknęłam chytrze, nie dodając jednak, że nie zależy mi tylko na dobru klaczy, jego połamane kości także zbytnio by mnie nie cieszyły..

(Olivier?)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz