Podeszłam do jednego z boksów. Tam stał piękny, kary arab, który przyglądał się mi. Stanęłam przy boksie, wyciągając dłoń w stronę stworzenia. Na mojej twarzy zagościł lekki uśmiech. Pogładziłam go po pysku niepewnie.
- Miałaś kiedyś styczność z tymi stworzeniami? – usłyszałam obok siebie głos Josha, który stał obok mnie, opierając się o belkę podtrzymującą konstrukcję stajni.
- Od dziecka. – westchnęłam. Sięgnęłam po jedno z jabłek, które leżały w koszu obok boksu. Koń szybko uporał się z jedzeniem. Parsknął cicho, domagając się więcej. – Ale jakoś specjalnie mnie nie interesowały.
- Rozumiem. – odparł, krzyżując ręce na klatce piersiowej.
- Człowiekowi ciężko jest narzucić coś, by się czymś narzuconym przez innych zainteresował. – stwierdziłam. Bardziej to brzmiało, jakbym mówiła sama do siebie. - Ale właśnie taka zażartość powoduje, że każdy na swój sposób jest ciekawy. Każdy człowiek tworzy swoje wewnętrzne „ ja’’ i swoją osobowość. To jest właśnie piękne.
- Właśnie po to każdy ma wolną wolę, co nie?
- No niby prawda. – wzruszyłam ramionami. Zaczęłam zastanawiać się nad pewnymi rzeczami.
Odeszłam kilka kroków od boksów. Biorąc przykład z nowego znajomego, oparłam się również o belkę. Wbiłam wzrok na swoje dłonie. Podciągnęłam rękawy cienkiej kurtki, a moim oczom ukazały się zabandażowane dłonie. Westchnęłam cicho, gdy zauważyłam małą plamę krwi na jednym z bandaży na prawej dłoni. Muszę bardziej zadbać o tą dłoń. Zaczęłam odwijać bandaż, aż można było zobaczyć skórę mojej dłoni. Znowu było widać przetarcia, z których zszedł strup. Za dużo treningów i gimnastyki.
- Uhuhu, ale się chyba lubisz bić. – zaśmiał się mój towarzysz.
Podniosłam głowę, by nawiązać kontakt wzrokowy z Joshem, który znowu poprawiał swoje kudły.
- Ja się nie biję.
- A moje biedne żebra to co, hm?
- A to inna sprawa. – zaśmiałam się.
< Josh? >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz