2017-03-03

Od Dylana C.D. Ariany

Przesunąłem opuszkami na palców po jej szyi, wzdłuż linii szczęki, aby zatrzymać się tuż za kością żuchwy, mały guz.
- Boli? - zapytałem i lekko go nacisnąłem, dziewczyna krzyknęła. Wspomnienia uwalniają ogromne ilości hormonów, które powodują, że nasze organizmy czasem wariują. Sam nie wiedziałem, kiedy o tym usłyszałem. Nic takiego nie działo się nigdy ze mną, chyba byłem jedyny z mojego rocznika. Pamiętam jak dziś słowa Bane’a Jesteś nadzwyczaj odporny na wszystko… ale może to dobrze. Widać organizm Ariany nie był tak silny. - Spróbuj się rozluźnić, zaraz ci coś przyniosę.
- Dobrze - szepnęła. Wypadłem jak poparzony, pobiegłem do siebie. Dostałem wtedy od tego lekarzyny zioła. Herbata z nich miała mi pomóc przy ewentualnym bólu. Podszedłem do okna na którym stała mała szkatułka, w środku leżały czarne, jedwabne woreczki, w których były różne rzeczy. Wziąłem jeden z nich sprawdziłem zawartość. W kuchni, która znajdowała się w odgrodzonej części pokoju, zalałem zioła gorącą wodą i wróciłem do pokoju dziewczyny. Siedziała na łóżku z jakimiś tabletkami w ręku. Postawiłem na stoliku kubek i wyrwałem leki z jej dłoni.
- Wzięłaś to? - zapytałem, a ona tylko pokręciła głową. - Musisz się tego napić.
Podałem jej kubek, chciała go odepchnąć, ale objąłem ją ramieniem, jedną ręką, złapałem jej dłonie, drugą przystawiłem kubek do jej ust. Wzięła łyk i się skrzywiła.

- Ohydne.
- Nie wszystko co słodkie jest zdrowe, powdychaj dym. Jak ostygnie to się napijesz, podobno zimne jest smaczniejsze.
- Nie wiesz tego?
- Nie, nigdy coś takiego mi się nie zdarzyło. Miałem depresję i to taką porządną, że zastanawiałem się czy żyletka czy sznur, ale spotkałem na mojej drodze człowieka, który mnie z tego wyciągnął.
- Kto to był? - odparła sennym głosem. A tak, Bane ostrzegał, że mogą powodować senność. Kurde.
- Wiliam van Allen, nasz dyrektor, który powiedział mi coś, czego mu nigdy nie zapomnę, to dla niego się odbiłem od dna.
- Tylko dla niego? - oparła się o mnie, zaraz pewnie zaśnie.
- Wcześniej nie miałem nikogo innego - całkowicie się na mnie osunęła. Odstawiłem kubek z jeszcze parującym płynem i ułożyłem ją na łóżku. Sięgnąłem po koc ułożony w nogach łóżka i okryłem Arianę. Dziewczyna lekko odchyliła wargi, oddychała równo, nie czuje bólu i mam nadzieję, po obudzeniu też nie będzie go czuć. Zgarnąłem z jej twarzy kosmyki, które przysłoniły jej policzek, wetknąłem je za jej ucho. Opuszkami musnąłem jej policzek. To się nie może udać. A może jednak? Ponownie, kolejny raz w ciągu ostatnich trzech dni, zaczęła się moja wewnętrzna walka. “Zawsze chciałem mieć takiego syna jak ty. Twardego jak skała i bez zawahania niszczącego każdego, kto tknie kogoś słabszego od siebie.” To słowa dyrektora. Nie pamiętam aby ktoś tak do mnie powiedział, przynajmniej nie w tym cyklu. Jej słowa wtedy w parku… zabolały mnie. Nie znam się za bardzo na uczuciach, nie czytam w ludzkich umysłach, a ona wydaje się taka radosna, jak June. Może kochający rodzice nie gwarantują kolorowego życia, ale na pewno nie niszczą ci go, kiedy przychodzą te dobre chwile. Wstałem. Nie mogę jej jednak zostawić, w końcu nie mam pewności czy znowu nie zacznie ją boleć głowa. Rozejrzałem się po pokoju, podszedłem do fotela i usiadłem w nim jak najwygodniej mogłem. Poczekam. Może nie chce mnie widzieć i ma mi za złe moje słowa, ale czuję, że powinienem poczekać. Powinienem? No dobra, przyznaję się, chcę. Jednak na razie mi to nie przeszkadza… a może i przeszkadza. Nagle poczułem dziwny lęk. Anioł Otchłani. Zło. Nie zasługuję, na szczęście i nie powinno mnie tutaj być. Tylko jej pomogę… tak. Pomogę i zniknę, tak jak już to robiłem. Tak powinno być.

Ari?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz